poniedziałek, 3 marca 2014

Jak cierpiały nasze babki, aby być modną



"Wysportowana i wygimnastykowana współczesna pani, o giętkiej smukłej figurce, nie może sobie po prostu wyobrazić, jak mogła jej babka chodzić na co dzień w ciasnym, naszpikowanym fiszbinami gorsecie.Być wciętą, „jak osa" — to było szczytem marzeń każdej modnej damy.

W ówczesnych czasach ciasno związana sylwetka w kształcie litery X, była dla społeczeństwa piękna. Bo przecież pojęcie pięknej sylwetki ma szeroką rozpiętość i zmienia się w zależności od epoki i cywilizacji- inne były wymagania starożytności, inne średniowiecza czy renesansu.

Ciasny pancerz - gorset wprowadziła moda z 1885 roku. Dla podkreślenia wciętej talii starano się uwypuklić biust, by był możliwie jak najbardziej wypięty. Z tyłu zaś umieszczane były turniury. Gorset stanowił twardy pancerz, ściskający talię, niczym żelazna obręcz a jednocześnie miał za zadanie tworzyć bombiastą wypukłość zaraz pod plecami. Na poziomie żołądka zaś wrzynał się w ciało tworząc zagłębienie. Gorset ten znośny dla osób szczupłych stawał się tyranią dla kobiet pulchnych.

Jakie spustoszenie wywołało to narzędzie tortur w ustroju kobiecym, mówią nam kroniki lekarskie, które walczyły zapamiętale z modą, w imię zapobiegania chorobom jelit, jak opuszczanie żołądka lub jelit, rozszerzenie wątroby, wędrująca nerka itp. Zaburzenia chorobowe, powstałe na skutek nienormalnego ucisku wnętrzności, zwróciły uwagę lekarzy, wskutek czego gorset uległ stopniowo pewnej modyfikacji: przede wszystkim skasowano najbardziej dokuczliwe brykle przednie, gorset już nie wypaczał tak figury, stosując się do jej właściwych rozmiarów.

Ewolucja gorsetu postępowała stosunkowo szybko. Już w roku 1904 pojawił się gorset o prostych przednich bryklach, nadający sylwetce linię prostą, niepodobną już do litery X, lecz raczej przypominającą literę Z (w karykaturalnym podkreśleniu), wskutek uwypuklenia biustu i części
tylnych.

  Z początkiem wojny, wraz z rewolucją w wielu innych dziedzinach, rozpoczęła się kampania przeciw fiszbinom. Pierwsze zaprotestowały pielęgniarki i sanitariuszki, zmuszone do wielogodzinnej pracy i przez to tak dotkliwie odczuwające ucisk gorsetu. One pierwsze wprowadziły pasy nabrzuszne z płótna lub batystu. W latach trzydziestych pasy te robione były z jedwabnej gumy lub z plecionki jedwabnej dopasowane dokładnie, nie uciskały narządów wewnętrznych, ani nie zniekształcały sylwetki.

Trzeba cierpieć, aby być piękną — tę maksymę zdaje się, że w całej rozciągłości wyznawały nasze babki w gorsetach. Należy im się gorące współczucie za te katusze, na jakie je narażała wszechwładna i nieubłagana pani moda.

Chociaż... czyż trwający kilka godzin zabieg wiecznej ondulacji, odchudzanie się, bolesne wyrywanie brwi, co stosuje obecnie wiele pań, czyż nie są cierpieniami złożonymi na ołtarzu dzisiejszej mody?"

                                                        .......................................



Chyba niewiele się zmieniło od lat trzydziestych, co? Wydaje nam się tylko, że nastąpiły kolosalne zmiany. Jednak w dalszym ciągu, poprzez naturalne pragnienie podobania się sobie samej, czy innym, kobiety narażają się na różnego typu cierpienia. Wyszczególniłam grubszym tekstem te fragmenty artykułu z gazety z lat trzydziestych, które i dzisiaj wiele kobiet spokojnie mogłoby wypowiedzieć.

   W takim razie, co daje nam ta ciągła walka o lepsze jutro, o dobre zmiany w życiu? Zmiany, które tak motywują do dalszego działania czy do nowych pomysłów. Co daje nam walka o kobiecość, o swoją wartość i godność? Tak naprawdę daje tylko złudne poczucie, że mamy na coś wpływ, że postawiłyśmy na swoim. Wyzwoliłyśmy się z gorsetów, ale z pogoni za modą czy idealną sylwetką - idealną według opinii ogółu, czy nas samych- niestety nie.

  Co jakiś czas, w miarę tak zwanego postępu i mody zmieniamy "gorsety", czasem je ściągamy, ale cały czas są gdzieś przy nas blisko...


źródło tekstu: "Moja przyjaciółka" nr 3, 11.02.1034 artykuł "Jak cierpiały nasze babki aby być modną" (nieznacznie oryginalny tekst zmodyfikowałam), zdjęcia z internetu

czwartek, 30 stycznia 2014

Reduty (czyli zabawy karnawałowe) w XVIII wieku.

Fragment jednej z wytwornych
redut karnawałowych w latach trzydziestych
Niezwykle hucznie i z wielką pompą obchodzono zapusty w dawnej Polsce. Tańczono, bawiono się do upadłego, do rana. Kuligom nie było końca. Zabawy taneczne, połączone z ucztowaniem, śmiechem i dobrym samopoczuciem, zaczynały się od Nowego Roku i trwały nieprzerwanie aż do środy popielcowej.

„Dziś, dziś, dziś, podkóweczki dajcie ognia..." wybijano ogniście hołupce do rana, aż trzęsły się ściany gościnnych, staropolskich dworów.
Nowy rodzaj zabaw publicznych zapoczątkował August II Sas. Jednak powszechne i modne stały się podczas panowania Augusta III Sasa. Nazwane zostały właśnie, reduty. Na samym początku bawiono się "tylko" dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki. Jednak z czasem ludzie wiecznie głodni szaleństw i zabaw stwierdzili, że to za mało. Zabawy były przednie, miały wielkie powodzenie, więc zwiększono ich liczbę do pięciu dni w tygodniu. Teraz bawiono się od poniedziałku do czwartku, po czym następowały dwa dni przerwy, by tygodniową zabawę zakończyć w niedzielę „ledwo sobie swawolnicy mieli czasu do wytchnienia przez piątek i sobotę". Zdarzało się, że w niektóre niedziele urządzano nawet kilka maskarad. Popularność miały tak niezwykłą, że bilety wstępu schodziły jak przysłowiowe ciepłe bułeczki a liczba ich sprzedaży dochodziła nawet do sześciu tysięcy. Według Friedricha Schulza owe reduty trwały w Polsce nawet od początku grudnia aż do Zielonych Świątek. Zabawę przerywano oczywiście w terminach postu.

Na polskich redutach bawiono się inaczej niż w Berlinie czy Wiedniu. Zdecydowanie mniej tańczono, zwłaszcza klasa wyższa - bardziej zajmowali się dyskusją, plotkami i spacerowaniem wśród tłumu. Pozostali korzystając z okazji, że niezmordowana kapela grała bez przerwy, wydawała się w ogóle niestrudzona i zapał do tańca, popędzał ich do dalszych szalonych wyczynów na parkiecie, takich, że bywały obawy, iż w zapale rozniosą ściany redutowych sal.

Stroje uczestników bywały niezbyt wyszukane. Mężczyźni z reguły przebierali się za diabła, stróża, woźnicę, nietoperza, Kozaka i Żyda. Natomiast kobiety za Żydówki, wieśniaczki, chłopki lub Turczynki. Niektóre panie z wielkiego towarzystwa, maskowały się od stóp do głów, zwłaszcza jeśli przychodziły bez swoich mężów. Jak na każdym balu i na redutach nie brakowało mocniejszych trunków, które dodatkowo miały uprzyjemniać zabawę. Co zadziwiające, podobno, w cenie biletu była tylko możliwość uczestnictwa. Nie obejmowała ona nawet zwykłej szklanki wody. O rozkosze podniebienia musiał każdy delikwent postarać się sam.

Obyczaj redutowy nakazywał, by w trakcie jej trwania mieć na twarzy maskę. Każdy uczestnik zabawy musiał ją bezwzględnie posiadać. Osoby wyżej postawione, mogły jej nie mieć na twarzy, ale musiały mieć ją chociaż przywiązaną do ramienia, lub wetkniętą za kapelusz lub czapkę. Maska
równała ze sobą wszystkich. Wielki pan pan bawił się bez żenady razem z szewcem czy krawcem. Na ten krótki czas, biedni i bogaci, stawali się sobie rodziną, pili razem, tańcowali i hulali do woli, doskonale wiedząc z kim mają do czynienia- chociażby z człowiekiem „podłej kondycji".
Dopiero w momencie, gdy taki ktoś maskę zdjął i chciałby się spoufalić, natychmiast zostałby odrzucony.
Jednak nie tylko ci nieco gorszego stanu, przez czas trwania reduty, nie demaskowali się. Nie ściągały jej osoby z najbardziej wytwornego towarzystwa wtedy, gdy nie chciały być rozpoznane. Dosyć często w takim przypadku, ukrywający się pod maską, śledził żonę, narzeczoną czy kochankę. Oczywiście damy również ukrywały się pod maseczką i z wielką chęcią bawiły się w detektywów. Najulubieńszą zabawą na reducie było ocenianie i zgadywanie, kto kryje się za daną maską.

"Czyjeż to oczy tak błyszczą w intrygującej czarnej maseczce. Czyjaż to postać kryje się w
bogatym stroju hiszpańskiego rycerza? Któż jest ta mała, wdzięczna pastereczka, śmiejąca się srebrzyście spod białej maseczki?" Czasem kilka godzin chodził kawaler za wybraną tajemniczą dziewczyną i nie udało mu się dowiedzieć, kim ona jest. Niejednokrotnie nie dowiadywał się wcale.
Piękna maseczka, mimo, że intrygowała go przez noc całą, to zdarzało się, że nagle znikała tajemniczo i gdy blady świt zaglądał do balowej komnaty, jej już nie było.

Jak to zwykle się zdarza na takich zabawach i dzisiaj, byli jednak i tacy, którzy nie bawili się, nie tańczyli i nie intrygowali. Swoją energię i pasję pożytkowali w inny sposób- a mianowicie zasiadali oni do stolika z kartami z kompanem lub kompanami i grali zapamiętale do samego ranka.
Bezpieczeństwa na sali strzegła warta gwardii koronnej, która składała się z czterech żołnierzy za
drzwiami i dwóch żołnierzy z oficerem pośrodku sali. Jeśli ktoś zachowywał się za bardzo krzykliwie i nieprzyzwoicie, wyrzucany był za drzwi. W przypadku, gdyby był w
masce, musiałby  ją zdjąć. Oficer karał według własnego uznania.
Stoły na redutach były obficie i drogo zaopatrzone. „Wina węgierskiego, dość ordynaryjnego butelka ośm tynfów, lepszego, czerwony złoty. Kapłon pieczony, talar bity, para kuropatw zaprawnych- czerwony złoty".

Ludzie nie skąpili grosza ani na trunki, ani na jedzenie.  Wina i piwa, lały się wiec strumieniami, aż w głowach porządnie szumiało. Nieraz zdarzało się, że w gwarze i tłoku roztańczonych par znikała
gdzieś czyjaś żona, córka, siostra lub narzeczona. Kobiety łase na komplementy, pozwalały wywabić się z sali przypadkowemu, ognistemu kawalerowi. Upodobana dama znikała w którymś ze stojących przed pałacem powozie i ruszała wraz z nieznajomym na eskapadę. Po krótszym lub dłuższym czasie, w zależności od sytuacji, przypadkowa para wracała na redutę i mieszała się na powrót z rozbawionym tłumem i nikt nie orientował się w sytuacji. Nieraz matka pytała córkę:
-„ Gdzieś ty była?"
-"Nigdzie, tańcowałam i chodziłam po pokojach"-odpowiadała śmiało córka.

Jak widać, z powyższego opisu, niezwykle z pompą, niezwykle szaleńczo, spontanicznie i niezwykle na bogato bawiono się na tych słynnych zapustowych redutach. Ach, jakże bym chciała przenieść się w czasie na jedną taką szaloną noc... :)

źródła: moja przyjaciółka nr 2, 25.01.1934, wilanow-palac.art.pl
           

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Epokowy wynalazek polski. Zbigniew Szczepanik.

Inspiracją do napisania postu stał się dla mnie, po raz kolejny, artykuł z "Nowin codziennych" ( poniżej cała jego treść). Tym razem, o kolejnym, genialnym Polaku, który sławił Polskę w świecie. A właściwie o zapomnianym synu znanego wynalazcy- Jana Szczepanika- Zbigniewie. Jak się okazuje, na temat Zbigniewa Szczepanika, jego pracy i osiągnięciach, nie znalazłam nic, poza tym jednym artykułem z przedwojennej prasy...

Dla przybliżenia tematu, bardzo pokrótce przedstawię, więc sylwetkę jego ojca, Jana Szczepanika. Na innych stronach jest mnóstwo informacji na temat wynalazcy, więc nie będę powielać, a jeśli Was zainteresuje ten wstęp, to poniżej podałam adres jednej z takich stron. A po nitce do kłębka...

"Jak małą wagę przywiązuje się w Polsce do tego co naprawdę wartościowe, pokazuje przykład osoby wielkiego polskiego wynalazcy Jana Szczepanika. W PRL-u uczono, że telewizja w Polsce zaczęła działać po wojnie. To nie jest prawdą. Telewizja działała w Warszawie już w roku 1936. Na dodatek to Polak jest wynalazcą telewizji w ogóle.

Jan Szczepanik jest autorem 50 wynalazków i kilkuset opatentowanych pomysłów technicznych z dziedziny fotografii barwnej, telewizji, barwnego tkactwa i innych. W 1897 opatentował telektroskop, urządzenie do przesyłania ruchomego obrazu kolorowego wraz z dźwiękiem na odległość, protoplastę dzisiejszej telewizji. W latach 1918-1925 opracował system filmu barwnego, wysoko ceniony za bliskie realizmowi oddawanie kolorów. Pracował także nad odtwarzaniem filmu dźwiękowego. Udało się mu stworzyć kamizelkę kuloodporną z jedwabnej tkaniny z cienkimi blachami stalowymi. Wynalazek ten przyniósł Szczepanikowi sławę, ponieważ obronił przed zamachem króla hiszpańskiego Alfonsa XIII, który w ramach wdzięczności udekorował Szczepanika najwyższym odznaczeniem państwowym. Podobnie zamierzał uczynić Mikołaj II, jednakże Szczepanik z pobudek patriotycznych odmówił przyjęcia orderu, a sam car obdarował go wówczas złotym zegarkiem wysadzanym brylantami."                   (źródło: bialczynski.wordpress)

Poniżej cały artykuł z "Nowin codziennych" z 16 stycznia 1933 roku, nr 18. Oczywiście, zachowałam oryginalną pisownię:

"Rewelacja w kinematografii. Epokowy wynalazek polski.
Szczepanik - twórca filmu barwnego propagatorem Polski na wystawie w Chicago.

W ostatnich dniach doniosła prasa o epokowym wynalazku polskim w dziedzinie kinematografii barwnej. Po raz pierwszy został wyświetlony film 100 proc. w barwach naturalnych. Wobec
wielkiego zainteresowania naszych czytelników tym wynalazkiem, zwróciliśmy się do Laboratorjum „Szczepanik - film" z prośbą o bliższe informacje.

Młodego wynalazcę, p. Zbigniewa Szczepanika, zastajemy w pracowni konstruktorskiej, gdzie
wśród stert rysunków i planów spędza większą część dnia. Uderza niesłychane jego podobieństwo do ojca, ś.p. Jana, sławnego wynalazcy, o którego pracach powtarzała obfita literatura światowa. Te same rysy twarzy taka sama bujna czupryna, ten sam wzrok, żywy, energiczny.

Z wesołym uśmiechem wita się z nami ten dzielny, młody, bo zaledwie 28 lat liczący człowiek, którego genjusz rozwiązał problem absorbujący od wielu lat najtęższe umysły uczonych i konstruktorów.
-Pokażę panom pierwowzór mojego aparatu, który był dla mnie punktem wyjścia w ciągu paru lat pracy nad aparatem skonstruowanym obecnie.
Z zainteresowaniem oglądamy misterny model, całkowicie sporządzony przez p. Szczepanika,
skomplikowane układy soczewek, ujętych w precyzyjne klamry, pozwalające regulować je z mikroskopową dokładnością.
-Model ten zbudowałem jeszcze we Lwowie. Bóg jeden wie, w jakich pracowałem wówczas
warunkach. Dzięki współpracy oddanych mi przyjaciół Jedynie mogłem pokonać trudności materjalne i techniczne, jakie napotykałem na każdym kroku.
-Pierwszy ekran, na którym sprawdzaliśmy rezultaty naszej pracy, nie przekraczał rozmiarami zwykłego arkusza papieru.
-Pierwsza demonstracja publiczna potrafiła zainteresować grupę finansistów warszawskich,
która stworzyła mi laboratorjum i umożliwiła budowę projektora.
Przechodzimy do kabiny, gdzie na silnym fundamencie betonowym stoi normalny aparat
kinematograficzny z przybudowanym adepterem (przystawką), który stanowi istotę wynalazku.
Zasada wynalazku polega na tem, że zdjęcie dokonane przy pomocy specjalnego aparatu jest
robione przez trzy filtry (czerwony, zielony i niebieski). Otrzymany w ten sposób film jest
czarno-biały i tylko pewne elementy poszczególnych obrazków wykazują różną gęstość krycia, wskutek czego przy projekcji w procesie podobnym, ale odwrotnym do procesu zdjęcia, obrazki te są wyświetlane przez odpowiednie filtry barwne, przyczem zawsze są rzucane na ekran po trzy
jednocześnie. Przez połączenie trzech częściowych obrazków otrzymujemy na ekranie obraz kończenie doskonały pod względem barwy i wszystkiemi odcieniami i barwami widma słonecznego.
-W jaki sposób powstaje kolor żółty? -pytamy.
-Zdziwi to panów może, lecz kolor żółty powstaje przez połączenie czerwonego z zielonym, nie
tak jak to się dzieje przy mieszaniu farb. Tłumaczy się to połączeniem świateł barwnych i ich zsumowaniem spektralnem.
Następnie zwiedzamy salę demonstracyjną, w której również odbywają się próbne zdjęcia. Pod
ścianami stoją jupitery, dekoracje, przysłony i t.d. Przechodzimy do laboratorium, gdzie są
wywoływane filmy.
Wszystkie pracownie, urządzone celowo i nowocześnie, są wyposażone we wszelkie środki
naukowe do studjów i prac nad zagadnieniem filmu barwnego.
- Kiedy świat ujrzy wynalazek pański? — zapytujemy zlekka, oszołomieni.
-Mojem skrytem pragnieniem jest przygotować film, ilustrujący całą Polskę, z jej geografją, etnografją, folklorem, urbanistyką, pejzażem, kulturą, przemysłem i sztuką, by na najbliższej wystawie światowej w Chicago pokazać światu Polskę, tembardziej, że, jak mi wiadomo, na wystawie tej Polskę reprezentować ma ze względów oszczędnościowych zaledwie jeden skromny pawilon, urządzony przez miejscową kolonję polską.

Żegnamy p. Szczepanika, życząc mu najlepszych wyników jego pracy i realizacji zamierzeń."

Naprawdę, ciężką pracę mieli pierwsi, przecierający szlaki pionierzy kinematografii. Doceniam, jak zawsze, i podziwiam za upór i niezłomność w dążeniu do celu. To dzięki takim ludziom, dziś mamy tak wiele wygód, czy przyjemności. Tylko, wiadomo jak z wszystkim, korzystać trzeba z tych dóbr z umiarem ;)

czwartek, 21 listopada 2013

Prywatne życie gwiazd- i kto by przypuszczał, że Mae West....

Natrafiłam -znów- na ciekawy (przynajmniej dla mnie :) artykuł w "Nowinach Codziennych" z 19.11.1934, nr 324. Umieściłam we wpisie cały artykuł (w cudzysłowie i pisany kursywą), który poprzeplatałam, zdjęciami i dodatkowymi, krótkimi informacjami o wymienionych aktorach.

"Prywatne życie gwiazd- i kto by przypuszczał, że Mae West....  
Prywatne życie gwiazd jest zawsze dla zwykłych śmiertelników atrakcyjne i interesujące. Ale mało osób pamięta, że do zdobycia tej sławy, do zdobycia karjery bardzo często dopomagali gwiazdom ich rodzice. Toteż bardzo wiele spośród sław ekranu żywi dla nich głębokie uczucie i przywiązanie i w okresie swojej wielkiej popularności i powodzenia zawsze przyznaje się, że zawdzięczają to swoim rodzicom. 

Claudette w filmie "Kleopatra"
CLAUDETTE COLBERT. Urocza Claudette Colbert, niezapomniana Kleopatra, twierdzi, że karjerę zawdzięcza swojej matce, która pomagała jej w miarę możności i stale dodawała odwagi, wierząc w gwiazdę swojej córki. Sławna Claudette przenigdy nie zapomni więc, co zawdzięcza swojej matce. Po rozwodzie z Normanem Forsterem —.Claudette powróciła do matki i odtąd mieszkają razem. Są poprostu nierozłączne."

Claudette i Clark Gable w filmie "Ich noce"
Claudette była jedną z czołowych gwiazd kina amerykańskiego lat trzydziestych. W trakcie swojej kariery zagrała w ponad sześćdziesięciu filmach, wcielała się w różne postacie, od wampów do gospodyń domowych. Prawdopodobnie najbardziej znana jest z nagrodzonego pięcioma Oscarami filmu "Ich noce" z 1934 roku. Grała w tym filmie z Clarkiem Gable. Oboje zdobyli statuetkę. W roku 1934 zagrała w jeszcze jednym bardzo dobrym filmie, w "Kleopatrze". Zapewne jeden i drugi film warto zobaczyć. Czy znajdę czas choć na jeden?  :)

Jack Oakie
"NAWET W HONOLULU. Znany komik Jack Oakie żywi dla swojej matki wzruszające uczucie. Nigdy nie spotyka się Jacka bez matki. Zawsze — razem. Ten najlepszy syn w całem Hollywood wysila się ciągle na wynajdywanie nowych rozrywek i przyjemności dla pani Offield (tak bowiem brzmi „cywilne" nazwisko Jacka Oakie). Parę miesięcy temu Jackowi zaproponowano wyjazd do Honolulu, dla dokonania tam zdjęć do filmu. Jack oczywiście postanowił, że nie wyjedzie bez swojej kochanej mamy. Tymczasem pani Offield stanowczo oparła się projektowi syna, twierdząc, że to niema sensu, aby Jack robił sobie tyle kłopotu, wożąc z sobą „starszą damę". Ale Jack postawił na swojem — zagroził bowiem odrzuceniem propozycji wytwórni i wobec tego pani Offield wyruszyła ze swoim niesfornym synkiem aż do dalekiego Honolulu." 

Ten znakomity aktor komediowy, czyli Jack Oakie, najbardziej znany jest chyba z filmu "Dyktator" z 1940 roku,  z Charlie'm Chaplinem w roli głównej. Jack grał Benzino Napaloni'ego- parodiował tą rolą Benito Mussoliniego. Ma swoją gwiazdę na chodniku Hollywoodzkiej Alei Sław a odciski jego dłoni i butów można znaleźć na płycie chodnikowej przy Grauman Chinese Theatre.  

Carole Lombard
"NAJPIĘKNIEJSZA SUKIENKA CAROLI LOMBARD. Taka sama wzruszająca miłość panuje między Carolą Lombard a jej matką — panią Peters. Sławna gwiazda, która posiada w Hollywood opinję najlepiej i najelganciej ubierającej się kobiety, wspomina ze wzruszeniem początki swojej karjery, kiedy skromne środki nie pozwalały jej na sprawianie olśniewających toalet. Wtedy to jej matka spędzała całe noce na szyciu pięknych sukienek dla Caroli. I Carola Lombard twierdzi, że żadna z najwspanialszych kręacyj nie może się nawet równać z pewną bardzo skromną,
sukieneczką szyfonową, uszytą rękami jej matki."

Carole i Robert Montgomery w filmie "Pan i Pani Smith"
Gdy miała 12 lat, wypatrzył ją hollywoodzki reżyser podczas jej gry w baseball. W roku 1926 uległa wypadkowi i jej twarz została oszpecona- jednak dzięki operacji plastycznej, blizny stały się niewidoczne. Jej kariera nabrała tempa na początku lat trzydziestych i trwała aż do jej tragicznej śmierci. Na początku lat czterdziestych zagrała w jedynym zrealizowanym w Stanach filmie Hitchcock'a, oraz jedynym jego filmem, który nie wiąże się z tajemnicą czy morderstwem- mowa o komedii zatytułowanej "Pan i Pani Smith". To Carole namówiła reżysera do realizacji tego filmu. Miała zaledwie 33 lata, gdy zginęła podczas katastrofy samolotowej. Była żoną Clarka Gable - słynnego Rhetta Butlera z "Przeminęło z wiatrem"- para bardzo chciała mieć i starała się o dziecko, jednak nie udało im się. Clark po śmierci żony nigdy nie był już taki jak wcześniej, nie potrafił się bez niej odnaleźć- bardzo za nią tęsknił. Pochowani są obok siebie.

ciekawostka: Gwiazdę Caroli na Hollywoodzkiej Alei Sław, można zobaczyć przez chwilę na początku filmu "Pretty Woman" z Julią Roberts i Richardem Gere.

Silvia Sidney
"UKOCHANA „BEE" SYLVJI SIDNEY. Ale nietylko Claudette i Carola są kochającemi córkami. Jest nią również i popularna artystka Sylvja Sidney. Silvja dla swojej matki, która wychowała ją z wielkiem poświęceniem — posiada ogromne uczucie, pełne tkliwości i uwielbienia. Pani Beatryce Sidney — poprostu „Bee" — jak ją nazywa Sylvja — była w bardzo trudnych warunkach materialnych, kiedy Sylvja była jeszcze maleńką dziewczynką. Nie mając innego wyjścia pani ,.Bee", oddała córeczkę do dobroczynnego zakładu wychowawczego, a sama szukała jakiegokolwiek zajęcia i podejmowała się wszelkich nawet najgorzej płatnych prac, odmawiała sobie wszystkiego, aby tylko móc wreszcie zdobyć tyle pieniędzy, żeby zabrać do siebie małą. Sylvja miała wtedy cztery lata. Nieco później śliczna i miła pani „Bee" poślubiła pewnego sławnego chirurga dentystycznego, który adoptował dziewczynkę i zajął się jej wykształceniem. A sławna Sylvja Sidney nie zapomina i nigdy nie zapomni, jak wiele jest winna swojej dobrej „Bee"."


Silvia Sidney w filmie "Marsjanie atakują"
Rodzice Sidney rozwiedli się, gdy miała 15 lat. To ojczym, Sigmund Sidney, zapewnił jej rozwój zawodowy. W czasie wielkiego kryzysu często grała dziewczyny lub siostry gangsterów. Na ekranie pojawiała się wśród takich sław jak Spencer Tracy, Henry Fonda czy Cary Grant. Jej kariera nieco zmalała w latach czterdziestych, wróciła na szczyt w 1952 roku rolą Fantine w "Nędznikach". Pod koniec lat siedemdziesiątych grała ciocię Marion w filmie "Omen II". Wymienię jeszcze dwa filmy, w których się pojawiła, a które być może znacie (powinniście przynajmniej ;). Są to, "Sok z żuka" z 1988 roku, i "Marsjanie atakują!" z 1996 roku- to był jej ostatni film. Przyznam, że po dodaniu tych dwóch zdjęć z nią -z różnych przestrzeni czasowych- trochę boję się przemijania. Taką śliczną dziewczyną była. Cóż poradzić, wszakże nie dzieją się w człowieku tak ogromne przemiany z dnia na dzień.  

Mae West
"I MAE WEST RÓWNIEŻ. Jakżeż jednak zupełnie odmienne jest życie prywatne gwiazd, od tego, co wyobrażają sobie na ten temat bywalcy kinowi. Choćby taka Mae West. Ta zuchwała, pełna efronterji kobieta, która ma tyle tupetu i podobno nie ma serca. Jest  wyrachowana i nikogo nie kocha. A tymczasem — tymczasem Mae West jest szalenie przywiązana do swojej rodziny i śmierć matki, która zmarła niedawno, była dla niej wielką tragedją. Mae West straciła w niej swoją najlepszą, najpewniejszą przyjaciółkę, swoją najlepszą doradczynię, która powstrzymała ją niejednokrotnie od szalonych, nieobliczalnych wybryków. Mae West, lekkomyślna Mae West pozostała niepocieszona.
Tak więc wyglądają serca wielkich gwiazd — na codzień, w ich życiu rodzinnem."


Mae West i Cary Grant w filmie "Nie jestem aniołem"
Niewątpliwie Mae była symbolem seksu i tematu seksualności lat trzydziestych. Na ten czas przypadł też szczyt jej popularności. Nie bała się łamać zasad i panującego powszechnie tabu. W 1926 roku napisała sztukę pod tytułem Sex, którą wywołała skandal i przez którą została aresztowana. Nie złamało to jej uporu do wygłaszania swojego zdania i po wyjściu z więzienia napisała kolejną kontrowersyjną sztukę, poruszającą temat miłości homoseksualnej. Karierę filmową rozpoczęła dość późno, bo w wieku prawie czterdziestu lat. Słynęła z zabawnych kwestii filmowych uważanych dziś za kultowe. Największy sukces z jej udziałem odniósł film "Nie jestem aniołem".  W 1934 roku aktorka była najlepiej opłacaną amerykańską gwiazdą, wyprzedziła w tym względzie wielką Marlenę Dietrich i słynnego komika, Charlie Chaplina.
Wybrane cytaty Mae West:
    "Kiedy mam wybierać między jednym złem a drugim, zwykle wybieram to, którego jeszcze nie próbowałam."
"Czy masz rewolwer w kieszeni, czy tak się cieszysz na mój widok"
"Kiedy jestem dobra, jestem bardzo dobra, ale kiedy jestem zła, jestem jeszcze lepsza."                  

źródła: fanpop.com, pennydreadfulvintage.com,
alex-aoundtheworld.com, zaszyfrowane.wordpress.com, amoviescrapbook.blogspot.com,
filmweb.pl, classicmoviegab.com, wikipedia, wikicytaty

niedziela, 10 listopada 2013

Niedorajda 1937

Wpis miałam gotowy już ponad tydzień temu, ale wydarzenia z życia rodzinnego (raczej smutne, więc nie pytajcie, bo nie odpowiem, jednak datę 31.10.2013 zapamiętam na zawsze) nie pozwoliły mi skupić myśli na czymkolwiek innym. Mimo, że moje myśli wciąż krążą wokół tego co się stało i co się mogło stać, postanowiłam oderwać się na chwilę od ich destruktywnej mocy. Staram się jak mogę, by samopoczucie bliskiej mi osoby poprawiło się- na razie efektów nie widać, ale nie tracę wiary. Nigdy nie tracę wiary.

 Premiera filmu miała miejsce 10 listopada 1037 roku, dlatego też właśnie dziś pojawia się wpis.


Adolf Dymsza
Na początku filmu, tytułowym niedorajdą wydaje się być Florek. Później jednak wszystko wskazuje na to, że jest nim właściciel zakładu, Onufry Majewski, a nie jego pracownik, którym wszyscy pomiatają i który pozwala dyrygować sobą, bez słowa protestu, czy wyzywać się od "niedorajdów". Biedny chłopak biega od jednego polecenia do drugiego i przez to, nic nie wykonuje dobrze. W tym codziennym, życiowym chaosie, ma jednak swoją pasję, która w tym morzu upokorzeń wydaje się być mocno nieprawdopodobna- to boks. I co również zadziwia, jest nawet w tym dobry. Mechanik Florek ma więc dwa życia- w jednym dobrze oddaje ciosy, w drugim całkowicie sobie pod tym względem nie radzi. Sytuacja zmienia się diametralnie kiedy w odwiedziny do rodziny szefa Florka, przyjeżdża dawno nie widziana siostra. I od tego momentu już wiadomo, kto jest tym  tytułowym niedorajdą. To Onufry, szef Florka.

Józef Orwid
Bez wątpliwości, pan Onufry żyje pod dyktando syna i żony. Oboje robią z nim co chcą i on robi to co oni chcą. Podejmuje czasem nieśmiałe próby obrony, przeciwstawienia się manipulacji swoją osobą, ale nie udaje mu się to. "Onufry! nie zapominaj, że mówisz do dziecka, które wyszło z twego łona!"-  słyszy od żony. A wymagania mają ponad możliwości finansowe pana Onufrego. By poprawić swoje finanse uciekają się do oszustwa. Chciwa żona namawia męża, by napisał list do swojej siostry z informacją, że urodziło mu się kolejne dziecko. Po co? Siostra jest na tyle majętna, że ilekroć ten napisze, iż urodził mu się kolejny potomek, to wysyłała mu 1000 dolarów. I takim sposobem pan Onufry dorobił się czwórki dzieci, a w rzeczywistości ma tylko jednego syna, Zenona. Rodzina czuła się bezpiecznie, w sensie, że misterne oszustwo się nie wyda, bo ciotka mieszka w dalekiej Ameryce. Jednak zupełnie dla nich niekorzystnie i niespodziewanie, ciotka postanowiła ich odwiedzić.

Florek jako taksówkarz, a w oddali
Basia i Zenon
Mimo początkowej paniki, kontynuują mistyfikację i do rodziny wciągają Florka, jako syna i ... jako córkę. I w tym momencie, pokorny mechanik przestaje być usłużnym niedorajdą, chociaż do tej pory nie wykazywał się inwencją obronną i spełniał bez mrugnięcia okiem polecenia szefa, jego syna i żony. Florek, złapał byka za rogi i wykorzystuje swój nagły awans na członka rodziny- może wreszcie bez skrupułów mścić za całe miesiące upokorzeń. A przy okazji, być może odnajdzie miłość swego życia?



Renata Radojewska


Ciotka Agata nie przyjechała sama- przywiozła ze sobą piękną wychowanicę, Basię. Florek zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. By zdobyć serce ukochanej będzie się musiał trochę napracować, między innymi wykorzystać swoje umiejętności bokserskie i wyeliminować prawym sierpowym wielu konkurentów. Jednak najcięższą walkę o ukochaną stoczy ze swoim przyszywanym bratem, Zenkiem.

Adolf Dymsza zarówno jako mechanik Florek, syn Florek i córka Agatka- rewelacyjny. Bardzo umiejętnie przechodził z jednej postaci w drugą i co najważniejsze w każdej był bardzo zabawny. Niemałym talentem komediowym wykazuje się również Józef Orwid, jako Onufry. Wypowiadane przez niego, z pozoru zwyczajne zdania, nabierają z miejsca charakteru komediowego. Odpowiednia intonacja głosu, mina, nie pozwoliły mi zachować powagi w praktycznie żadnej z odgrywanych przez niego scen.

Do tego męskiego grona trzeba oczywiście dołączyć kobiety. Renata Radojewska (Basia), która swoim pięknym uśmiechem rozładowywała każde napięcie. I oczywiście nie mogę nie wspomnieć o wspaniałej Sewerynie Broniszównie, czyli ciotce Agacie, która tutaj gra rolę wrażliwej, lecz nieco naiwnej, starszej pani. Jest mocno wyczulona na każdą krzywdę ludzką i dwoi się i troi, by polepszyć byt swoich bliskich. Nie do końca jej się to udaje, ale zawsze warto próbować. Pani Seweryna jest wspaniała w tej roli, bardzo prawdziwie wcieliła się w postać dobrotliwej ciotki.

Seweryna Broniszówna

A tak szukając czegoś więcej o niej, po nitce do kłębka doszłam aż do Jacka Kaczmarskiego. Przeczytałam, że bratem pani Seweryny jest poeta Aleksander Wat, który wraz z żoną Pauliną (znana jako Ola Watowa) i dziećmi został zesłany do Kazachstanu. Po śmierci męża pani Paulina zajęła się opracowywaniem dorobku literackiego męża, opublikowała też wspomnienia, dotyczące czasu ich zsyłki do Kazachstanu, pod tytułem "Wszystko co najważniejsze". Na podstawie książki nakręcono film pod tym samym tytułem w reżyserii Roberta Glińskiego. Film został nagrodzony na festiwalu w Gdyni. Wydaje mi się, że film oglądałam -kojarzę Ewę Skibińską w roli Oli - ale dawno temu i szczegółów nie pamiętam.

"Wszystko, co najważniejsze" w reżyserii Roberta Glińskiego to ekranizacja autobiograficznej opowieści Oli Watowej. Film jest historią przejmującej miłości Oli i Aleksandra Watów. Wat, słynny polski poeta-futurysta, w latach trzydziestych należał do bohemy artystycznej sympatyzującej z komunizmem. Jego żona Ola, jedna z najpiękniejszych dam przedwojennej Warszawy, była ozdobą salonów literackich. Wybucha II wojna światowa. Watowie wraz z synkiem uciekają z zajętej przez faszystów Warszawy na wschodnie terytoria Polski. Boją się Niemców. Są Żydami. Tutaj zaskoczy ich sowiecka okupacja. Wat zostaje aresztowany, a Ola i jej syn wywiezieni w głąb Rosji, do Kazachstanu, gdzie z innymi polskimi zesłańcami pracują na polach sowchozu. Kobieta rozpaczliwie walczy o przetrwanie swoje oraz syna i cały czas wierzy w odnalezienie ukochanego męża. W końcu trafia do więzienia, gdzie bita i torturowana przyjmuje obywatelstwo sowieckie w zamian za obietnicę spotkania z Aleksandrem. 
Wszystko co najważniejsze" stał się w 1992 roku wydarzeniem gdyńskiego festiwalu. Twórcy filmu opuszczali Trójmiasto z sześcioma nagrodami. Wśród nich była ta najważniejsza Złote Lwy. Warto również przypomnieć, że dzieło Roberta Glińskiego reprezentowało naszą kinematografię w walce o Oscara w kategorii Najlepszy Film nieanglojęzyczny. ( źródło: bialystokonline.pl) 

Wspomniany Jacek Kaczmarski stworzył piosenkę poświęconą Aleksandrowi Watowi.
                                   

LinkWithin