piątek, 20 stycznia 2012

Gehenna 1938- film



Widzę piękną, pachnącą łąkę pełną kwiatów (chyba stokrotki), targane są przez wiatr. Łąka piękna, ale wiatr niebezpieczny i nieprzyjemny, zimny...
*
Nie wiem zupełnie jak skomentować  film. Może nie powinnam była czytać  najpierw książki? Chcąc nie chcąc, jak się przeczyta książkę porównuje się. Niekoniecznie, aby powiedzieć co lepsze. Tak po prostu. Jednak przyznam, że mi książka podobała się bardziej.
 Cóż, film po cudownej książce wypadł, jak dla mnie, trochę blado. Przepraszam wszystkich fanów za te słowa. Sama fabuła, gra aktorów jest dobra, ale brakuje mi czerwonych róż. Tutaj są tylko białe stokrotki... 
 Wyjaśniam, że w książce dla Andrzeja Andzia była szkarłatną różą i takimi kwiatami ją zasypywał:

Kadr z filmu-pierwsze pocałunki nastąpią
 Zanurzył twarz w pęku purpurowych kwiatów i chłonął ich woń wykwintną. Tulił płatki pachnące do ust spragnionych i szeptał im słowa pieszczotliwe. Przypomniał sobie te chwile, tak już zdaje się odległe choć niedawne, gdy Andzię miał w swych ramionach i wyczuł ustami aksamitną miękkość  jej policzków, żar jej ust dziewiczych i gdy słyszał tętna bijące w jej żyłach, które on wywołał. Jak ona wtedy kwitła, jak gorzała promieniście, jaki rozsiewała potężny wdzięk i urok. 
- Szkarłatna, szkarłatna róża moja? 

-Zastanawiam się dlaczego wydawano książki o namiętności i pragnieniach, ukazujące z całą mocą prawdę ludzkich potrzeb i pragnień, a filmy robiono praktycznie wprost przeciwnie. Skrywano co niektóre fakty. Lora w książce była rozwiązła, pragnąca rozkoszy i sama opuściła dom z Okszą- nikt jej nie wygonił. Jej życie początkowo było zgodne z jej potrzebami, jednak niestety skończyła jako zwykła prostytutka.
-W książce  Andzia miała długie czarne włosy i zaplatała je w  warkocze. Z urody przypominała nawet trochę Cygankę. A Lora miała długie, rudawe ze złotymi refleksami włosy i to pasowało mi do obrazu dzikiej, niegrzecznej dziewczyny. 
-Dla mnie film wypadł, nawet w wielu momentach, bardziej jako komedia. Zwłaszcza w  scenach z Antonim Fertnerem (Konsyliarz) i Mieczysławą Ćwiklińską (Ewelina). 
 -Oksza nie miał w książce wypadku awionetką, tylko ucierpiał, gdy zderzyły się ze sobą dwa pociągi. Kościesza w filmie jest stryjem- w książce ojczymem, a na wielkim drzewie, przy którym Andrzej skonał, Andzia powiesiła krzyż, a nie, jak w filmie, obraz z Matką Boską.
No i na koniec: po prostu nie ma ani kawałka drugiego tomu! Nie ma ruiny materialnej, fizycznej i duchowej Andzi. I nikt ani razu nie nazwał jej Andzią, czy Handzią tylko  zwyczajnie, po prostu.. Anią.  
   Trochę się zawiodłam, miałam po prostu wrażenie, że to film o zupełnie innych osobach i tytuł filmu jest trochę nie adekwatny do scen w filmie.
 I dlaczego nie pokazali Lorki kiedy naga przed lustrem podziwiała swoje wdzięki? Ina Benita na pewno wniosłaby trochę seksapilu.
 Wiem, wiem ...nie te czasy;) Pamiętacie jak w Nad Niemnem Iwona Pawlak jako Justyna w zwiewnej, całkowicie przeźroczystej koszuli szykuje się do snu. 
Wiem, wiem... to było 50 lat później. Musiało nastać takie kino. Mogę podziwiać  kobiety, bo  lubię każde piękno i naturalność , dlatego tak łatwo przychodzi mi komplementowanie kobiet...będąc kobietą. Mężczyzn też podziwiam, jak zasłużą...
I zdanie pojawiające się często:
-Co jest najlepszym lekarstwem na wszystko? jedzenie... może gruszeczkę?
I gdzież tu tytułowa gehenna?

***
Wybrane cytaty z filmu:

-Panna na wydaniu, ja ci to mówię, tylko za mało jada, musi trochę przytyć, no bo takie kurczę, cóż to za żona dla Polaka?
-Nie wiedziałam, że żonę kupuje się na kilo!- mówi ze śmiechem Lorka.

*
-Czas się żenić paniczu, czas...
-Chciałabyś się mnie pozbyć  Zenobciu!
- A nie, nie, nie, nie... tylko ckni mi się.
-Za czym to?
-Ile to już la lat odkąd panicza tak kołysałam. O za tym mi się ckni. 
- O, więc chciałabyś mnie znów kołysać ?- pyta ze śmiechem Andrzej.
-Nie panicza. Tylko dzieci panicza. Wnuki.
-Wnuki, od razu wnuki. Jeden ci nie wystarczy? Ile ci trzeba dwoje, troje?
- A to już trochę lepiej.
-Jeszcze mało!?
-Moja matka miała szesnaścioro, i to ojciec martwił się, że jeszcze mało.
*
A może oni mają rację, że ja konował?! Ja jestem właściwie tylko weterynarzem..
- Ja wolę pana, niż nie wiem jakiego ginekologa!
..........

Ostatnia scena z Witoldem Zacharewiczem

Podsumowując. Oglądnęłam ten film głównie ze względu na Witolda Zacharewicza. To jemu też zawdzięczam, że przeczytałam książkę- po nitce do kłębka. To był jego ostatni film. I straszne jest to, że w tym swoim ostatnim filmie umiera. Wszystko co osiągnął zabrała mu wojna.
 Panie Witoldzie zawsze będę pamiętać
  

środa, 18 stycznia 2012

"Gehenna" Helena Mniszkówna



Cebula daje moc i chytrość, a krew to po cebuli tak kipi, jak w garnku!
cytat z książki Gehenna Heleny Mniszkówny

   
 Po przeczytaniu tej książki doszłam do wniosku (właściwie wiedziałam o tym wcześniej;), że życie każdej kobiety musi, w pewnym momencie życia, być naznaczone cierpieniem przez mężczyznę. I nie ważne jaką drogę ona wybierze, nie ważne, czy kobieta będzie uczciwa, łagodna, wybaczająca i dobra. Czy wręcz przeciwnie, tak jak Lorka, biorąca życie za rogi, pełnymi garściami, która bawi się i imprezuje ile wlezie, zmienia kochanków, tłumacząc sobie i innym, że nie zwiąże się z żadnym, bo nie chce być niczyją niewolnicą.
Koniec końców każda jest niewolnicą- tęsknot, namiętności, żądz. Chce prawdziwego faceta, macho, takiego z krwi i kości, co to potrafi porządnie krew wzburzyć w kobiecie. Instynktownie takowego szuka. I różnie ten związek się kończy. Nie chciała Andzia porządnego, uczciwego i zakochanego na zabój w niej Jasia. Baba o nim mówiła, mazgaj, gdy pisał do niej tęskne, delikatne listy. No to sobie wybrała, sępa dzikiego, co się za orła przedstawił...
 Powieść podzielona jest na dwie części. W pierwszej, za sznurki pociąga ojczym, w drugiej jej mąż. A ona zaślepiona w swej dobroci, nie dostrzega początkowo wad i złych zamiarów wobec niej. Jest piękna i bogata, to zestawienie "zalet", zniszczyło jej życie. Gdyby była tylko piękna i biedniejsza, ze swoim charakterem i nastawieniem do życia, być może osiągnęłaby szczęście ze swoim ukochanym Andrzejem, który niestety opuszcza padół ziemski, w tajemniczych i tragicznych dla głównej bohaterki okolicznościach. Powinna była lepiej zapamiętać wróżbę starej Cyganki, wszakże Cyganka prawdę ci powie.. 

- Dziwy, dziwy, rączka mała a duża księga... Znaki... znaki... trudne są tu te znaki - a ważne. Mościa damulka śmiała jest w sobie, a strachliwa, zdaje się;śmiała, bo młoda, urodna, bogata, idzie w świat niby złoty dla niej, ale chmury suną czarne... od nich płynie strach... O... o... i nieszczęście o... o...

Andzia szarpnęła się, Cyganka ją przytrzymała.

- A ot tu linijki cienieńkie,ale one grube w znaczeniu; dwie dusze one ciągną za sobą w przepaść, dwie niedole przez nie, a trzecia własna,własna niedola o... i ciężka. Nad sokolicą bujną czarny kruk kracze, wywłóczy dolę z niej, pióra poszarpie... O... smutek...Sokolica już słaba, omdlewająca padnie na pierś sępa dzikiego, co się za orła przedstawi... o... ten resztę krwi puści... obedrze... o... o... prawie nagą ostawi... A tu!... Ach!... O!... O!..zdaje się pogoda... chmury, chłód. Jeden łańcuch twardy na was troje. Łańcuch trzyma w dziobie krwawym kruk czarny. O...o... tu wy, mościa damulko, sokolica... O!... A tu młode dwa sokoły: jednego serce bujne zabite, drugiego ranne... ciężko krwawi, nie ścierpi niedoli,nie! Zatrata nad nim wisi... A ot tu sęp!... dziki on i nie dziki... Ważka osoba... trudna!... On jeszcze we świecie. Jeszcze chowa go świat i nad nim zagłada o!... o...

- Kto są te dwa sokoły? - spytał Jaś drżącym głosem. Cyganka milczała. Po długiej chwili dopiero, wolno podniosła wzrok ponury na Jasia i na Olelkowicza, spuściła potem znacząco na Andzię i rzekła dobitnie:

- Jeden łańcuch was skuwa i jedna dola...


Więcej wybranych cytatów:

                                                         *
www.tapeciarnia.pl
- Patrz, Andziu, jak kuropatwy parami już spacerują, wszystko się kocha na zabój i aż drży do miłości. Wczoraj widziałam bociana na topoli za  stodołą. Muskał bocianicę dziobem i czochrał jej pióra; tak ją całował, a potem klekotali, klekotali razem; może to taki ich ślub?... Motyle tłuką się na świeżej trawie,żaby skrzeczą, bo także się kochają, ptaki, żuki, owady, wszystko romansuje, gzi się, szaleje! Gdzie spojrzysz, tam wesele i miłość!

*

Dreszcz ją przenikał, chciwe pragnienie tego widoku ogarnęło ją burzą. Zbudziła się w niej zalotność i przeczucie własnej piękności i niezmierna ochota, aby pokazać się w całym blasku urody Lorce, pyszniącej się bogactwem własnych wdzięków. Niepokojący dreszcz zmienił się w dygot namiętny, w pragnienie ujrzenia nagości swego ciała plastycznie, w dziewiczym rozkwicie. Czy też ona jest także tak piękna?...
- Chodź, Handziu! Ten twój wstyd dodaje ci tylko uroku. Jesteś jak muszla, w której tętni życie, a ty myślisz, że jesteś chłodna. Jak się ujrzysz bez tych tam powijaków, rozkochasz się w kształtach i zapomnisz o niemądrej pruderii, rozpali ci się krew, rozkwitniesz niby róża pąsowa, wydobyta na światło spod klosza. Chodź do... lustra...
Chwyciła Andzię za obie ręce i szarpnęła w górę. Jednym rzutem podniesiona Andzia wyskoczyła z łóżka. Lora błyskawicznie zdarła z niej koszulę, wołając:- Ach! Gdyby cię tak ujrzał Olelkowicz...

*

- Odniesiecie ją do rodziców!-Powiedziała Andzia. Robotnik zaśmiał się.

- A do jakich? Ona za pastuchę służyła. Teraz to ona i sama poszła do otca światego, bo na świtie miała tyle, że matkę i to pijaczkę, niegodiałkę. To je znajda.


Drezyna ruszyła. Andzia zamyśliła się smutnie nad losem dziecka niewiadomego pochodzenia, które nie znało domu i ciepła rodzinnego, żyło z gęsiami i naturą, zginęło w niewiadomy sposób, przy ogólnym straszliwym pogromie. Dziwnie wzruszyła Andzię ta drobna, martwa dziewczynka na rękach obcego człowieka i jej krótka, a taka przy swej pospolitości żałosna historia. Tylu rannych widziała dziś Andzia,tyle krwi, potwornych kalectw, tyle niedoli, jednak te ciche zwłoki dziecka podziałały na jej uczucia może najsilniej.


*
- Jak to, ja dużo wymagam, bo kompletnej szczerości, co od kobiety najtrudniej wydębić. Ja chcę, aby kobieta żądz swych nie kryła pod korcem moralności, etyki, niewinności i tym podobnych letnich kluseczek na mleczku, ale żeby śmiało i szczerze szła tam, dokąd gna ją temperament i ta wyższa siła fizyczna, która nie od nas zależy, zatem i nie przez nas powinna być skrępowana.
Według utartych teorii kobieta, gdy do kogoś poczuje sympatię, mówmy ściślej, popęd krwi, powinna najpierw czekać, aż ten jej zauważony poczuje do niej taki sam apetyt, potem, gdy to nastąpi, musi przejść przez całą plejadę różnych ceremonii , tradycyjnych szablonów ,awantur rodzinno-kościelnych, , zanim raczy oddać się temu najdroższemu i to jeszcze w formie wielkiej łaski. On zaś musi czekać cierpliwie, aż spełni wszelkie formalności, by posiąść tę, na którą czyha z chciwością. Czy to normalne?

*
Wszyscy jesteśmy zwierzętami w ludzkim ciele.


*


On porwał ją całą w ramiona. Całował bezpamiętnie, oczy zamknięte i ze szczęścia łzami zroszone,całował brwi, czoło jasne i puchy czarnych zwichrzonych włosów. Odsunął ją lekko od siebie, zajrzał w głębiny jej źrenic przyćmionych bujnymi rzęsami i znowu szalał:

- Hanulko moja, Handziuś jedyna... dziewczyno złota, najcenniejsza moja... moja żona, moja na wieki, podnieś rzęsy, spójrz mi w oczy, nazwij po imieniu... Handziu ukochana!... -
-Chcę być twoją, Jędrek, tylko twoją, już... na zawsze...Teraz dopiero
odczuwam, że w stajence było mroczno; myśmy tego nie zauważyli. 
- Za jasno było nam w duszach, Handziu; za świetlista była to chwila...

*
  - Ty nie masz pojęcia, jaka to rozkosz, gdy się odczuje taki szalony popęd mężczyzny do siebie, to tak bierze kobietę, porywa jak huragan... Zniewala i... żądza rośnie, potężnieje, aż wybucha. Zmysły to potęga.
*
My potrzebujemy przestrzeni, słońca piękniejszego, morza, gór i świata. Stepy za ciasne dla nas, bory wasze nazbyt głuche, my chcemy życia w pełni blasku, ruchu, gorączki. Nie marzyć,lecz szaleć, nie tęsknić, jak ty, Andziu, ale chciwie zaspokajać wszystkie pragnienia i gnać, gnać na przełaj do coraz wyższej, niepojętej rozkoszy, ku ostatecznemu zapomnieniu o małostkach życia. Jeśli mnie potępiasz, żałuję, ale... ciebie.

*

Zadrżał, przypomniawszy pocałunki Lory i sam ją przecież całował. Cóż za namiętność w tej dziewczynie! - Po co to robiłem? - pomyślał z żalem. Odczuł teraz różnicę pocałunku, gdy znał już usta Andzi. Tamta i ta... Ach, nie ma porównania. Smoczyńska rozwiała się w jego wyobraźni, pod wpływem cudownych wspomnień pieszczot Andzi.

I ona pełna ognia i ona ma temperament bujny, stepowy, jest entuzjastką, zapał w niej płonie, ale uczucie jest w niej głównym czynnikiem, dusza tej dziewczyny odbita jest w oczach, pociąga urokiem nieświadomym i nieprzepartym. To nie jest Lora, inny wzbudza zachwyt, inne pożądania; ponęty Andzi dają słodycz pogłębiającą miłość, obiecują szał bezkresny. Ona stopniowo wzbudza niepokój zmysłowy, pragnienie
posiadania jej rośnie, olbrzymieje, drażni.
*
 - Tak, Andziu, ból to rylec genialny.
*

W ogóle najczęściej bywa tak, że kobieta odchodząc od ołtarza widzi przed sobą niebo i marzenia swe najszczytniejsze w pełni rozkwitu, mężczyzna zaś tylko - pokój sypialny...



*
- Och, musi pani? Muszę, hm! Krótko brzmi, ale skutki nieobliczalne, cięcie gilotyny, także krótkie, lecz głowa odpada.

*

- O tak, nie wyobrażam sobie bytu na ziemi bez tej przyszłości poza

mogiłą. Taki byt byłby bardzo smutny i bezcelowy. Zdaje mi się nawet, że bywają ludzie, których duch nie jest dostatecznie ucieleśniony, źle się czuje w swej człowieczej powłoce i dopiero może poza grobem otwiera się dla niego istotny byt. Takim duchem była zapewne cesarzowa Elżbieta. Życie ją prześladowało, nie dało jej szczęścia, bo świat nie lubi ludzi nie z własnej ulepionych gliny.

 Cesarzową Elżbietę przede wszystkim prześladowało fatum rodzinne Wittelsbachów i nieszczęścia Habsburgów. W żyłach jej płynęła atawistyczna melancholia, którą ciosy życiowe potęgowały.

Po chwilowym milczeniu Horski rzekł znowu:

-Studiowałem kronikę życia tej męczennicy na tronie. Duch przewyższał w niej ciało uwieńczone koroną ziemską i zaszczytami. Postać pełna mistycyzmu.

- Może to właśnie otaczało ją nimbem, wywołując powszechne uwielbienie? 
-Zapewne.Kochały ją wszystkie narody lenne Austrii, Węgrzy ją ubóstwiali, urok jej płynął i na obce kraje, właściwie za nic. Była dobra, słodka, cicha i niezwykle piękna, miała i momenty gorętsze, nawet porywy krwi. Nic znowu wybitnego nie dokonała, żadnego czynu epokowej, historycznej doniosłości, jednak wielbiono ją, stawiają jej pomniki. Jeśli postać jej nie będzie miała większej karty w historii, to zarysuje się w literaturze. Jestem pewny, że Elżbieta zmartwychwstanie na tym polu, że ją jakiś talent zamknie w poetycznej, lub prozaicznej formie; jako typ zasługuje na to, jest niepospolity, nadaje się do fantazji. A propos, pani bywa niekiedy także podobna do Elżbiety. 
- Ja?... Cóż znowu! 
-Często robi pani wrażenie, że tylko istotą cielesną przebywa na ziemi, duchem zaś błąka się gdzieś...

*

- Reinkarnacja?! Gdyby data śmierci cesarzowej Elżbiety była wcześniejsza od daty urodzin pani, gotów bym uwierzyć, że duch tamtej znalazł nowe wcielenie w Annie Tarłównie.



*

"Głowonóg"... "Trudno mu się oprzeć, gdy już zarzuci macki". Oto jedna macka
dosięgła już jej i owija... owija
*

 Nie może mieć szczęścia ten, kto go innym nie daje.



*

Czyż to możliwe? Na ołtarzu płoną świece, dla nich zapalone. Przyfrunęła myśl już znajoma, niedawno jakby poczęta:
...Gdyby z Andrzejem - na ołtarzu ich przysięgi paliłyby się gorejące ognie ze słońca spadłe... Gdyby z Janem, płonęłyby gromnice. A teraz... teraz palą się tylko świece.

*
- Nie broń się, opór zawsze zwalczę... jestem spragniony ciebie. Tylko mi nie blednij, nie chudnij,tego nie lubię i nie bądźże taka apatyczna, to cię szpeci. Gdy jesteś słabiutka, rozczulasz mnie, ale nie bądź bierna. Opór bierze się przemocą, słabość łagodnością, bierność się pomija. Nie zechcesz chyba, abym cię pomijał. Co?... Tego żadna żona nie pragnie.

*
Nic poza mną i nic przede mną...Wieczna gehenna!... Po co życie?... Dla kogo?... Pustka w duszy... w... sercu...- skarżyła się boleśnie.
- Bojarzynko, a ziemia? Taż ona została, ona wierna, da miłowana, dla niej trza silną być, ten ostatni kawałek szanować, żeby już nikt i tknąć nie śmiał, jak sakrament.

.............................

Ostatni cytat skojarzył mi się z zakończeniem z Przeminęło z wiatrem... Ziemia, Tara, tam wrócę, nabiorę sił, tam wymyślę sposób jak zdobyć Retha. Ziemia to twoja siła i wszystko co masz. Ona jedyna jest wierna..
Po tylu perturbacjach, upokorzeniach Andzia...wraca. 
Oby choć przez chwilę, czara się przechyliła i zamiast goryczy dała jej  trochę słodkiego nektaru, tylko kropelkę, jedną czarodziejską. Czy na więcej może liczyć? Czy może marzyć o szczęściu, po tylu nieszczęściach, które ją spotkały? Jasne, że tak.
 Oby zapaliły się dla niej gorejące ognie ze słońca spadłe..
i krew znowu w niej zawrzała...


niedziela, 15 stycznia 2012

Witold Zacharewicz


    
  Witold Zacharewicz urodził się 26 sierpnia 1914 roku w Płocku.
Kiedy miał zaledwie 5 lat, jego rodzice rozwiedli się. Matka sprzedała majątek i przeniosła się do Warszawy. Ojciec, z winy którego nastąpił rozwód, ożenił się powtórnie, jednak zmarł rok później.
 W 1933 roku Witold został zaangażowany przez profesora Jana Maklakiewicza do chóru męskiego i statystował w filmie Pod Twoją obronę. Miał wówczas 19 lat. Tam wypatrzył go reżyser Józef Lejtes i powierzył mu rolę w filmie Młody las. Film został nagrodzony Złotym Medalem. Jest to jeden z najpopularniejszych filmów przedwojennych.   

  
 Zamieszkałyśmy u naszej babci ze strony ojca, na ulicy Lwowskiej - miałyśmy w Warszawie nabrać ogłady towarzyskiej. Któregoś dnia złożył nam wizytę wujek Janusz z Witoldem. Wreszcie poznałam Go osobiście. Witold miał młodzieńczy zarost. Zapuszczał brodę do filmu "Róża". Do dziś pamiętam jak byłam ubrana - miałam szaro niebieską sukienkę w kratę z białym kołnierzykiem. Włosy zaplecione w dwa warkoczyki - upięte z tyłu głowy w ósemkę. Ponieważ miałam, niestety, niezbyt równe zęby, wstydziłam się i przy uśmiechu zaciskałam usta. Były rozmowy, śmiechy, i wtedy moja babcia zwróciła mi głośno uwagę, żebym odsłoniła zęby. Byłam zdenerwowana, podniecona, a uwaga spowodowała jeszcze większe speszenie.
Potem były przypadkowe spotkania, jeszcze później randki, wspólne chodzenie do kina czy teatru. Podczas jednego z pierwszych spotkań, na pokazie jazdy samochodowej, na Polu Mokotowskim, Witold zażartował (a ja wzięłam to do serca i byłam wniebowzięta), że mam piękny nos i jeżeli kiedykolwiek się ożeni, to tylko z kobietą o takim nosie.
                                Wspomnienia żony Witolda Zacharewicza-Haliny

Rok 1938 to okres największej popularności Witolda. Podpisał wtedy kontrakt z wytwórnią United Artist- znał niemiecki, francuski, niemiecki. Wystąpił w swoim ostatnim filmie Gehenna i zaczął się przygotowywać do wyjazdu do Hollywood.  Niestety 1 września Witold musiał obciąć włosy na zero i zgłosić się  do wojska w Zegrzu.  W czasie przepustek do Warszawy, odwiedzał Halinę. Chodzili razem do teatru, kina. Po maturze Halina, wróciła do rodzinnego majątku, Paprotni. 

Po przyjeździe do Paprotni oprowadzałam go po parku. Tamtej wiosny było mnóstwo chrabąszczy. Niektóre z nich były dziwnie połączone odwłokami. Byłam wychowana na wsi, już uświadomiona i niejednokrotnie widywałam akty wśród drobiu, zwierząt czy owadów. 
Witold był w Paprotni jeszcze ze dwa razy w czasie wakacji. Podczas jednej bytności powiedział, że marzy by mnie pocałować, ja też o tym marzyłam. Weszliśmy do domu. Witoldowi chciało się pic, poprosił o szklankę mleka. Potem poszłam do swego pokoju, poprawić włosy i przypudrować nos. Witold poszedł za mną, objął mnie, przytulił i po raz pierwszy pocałował- w zaciśnięte usta. Zamknęłam oczy a potem otworzyłam jedno oko i zerknęłam w stojące obok lustro, żeby zobaczyć jak wyglądamy...

Mimo wybuchu wojny, prowadziła cały czas  korespondencję z Witoldem.  W lutym zorientowała się, że jest w ciąży. Napisała mu o tym, a on poprosił ją o rękę. Jej ojciec -bardzo niechętnie -zgodził się na ślub (o ciąży jeszcze ojcu nie powiedziała). Jednak nie wcześniej jak w czerwcu- gdyż wtedy, według przepowiedni miała się zakończyć wojna i okupacja...
 Witold powiedział swojej mamie- a ta poradziła pozbyć się kłopotu. W kwietniu Halina, zawiadomiła swoją mamę o ciąży, ta ucieszyła się bardzo, ale po chwili zorientowała się, że zostanie babcią, a to już nie bardzo jej się podobało.
Mimo utrudnień z przemieszczaniem się z terenów Rzeszy do Generalnej Guberni, Halina dostała pozwolenie i w maju wyjechała do Warszawy, by wziąć ślub z Witoldem. Okazało się jednak, że skoro miała dopiero 18 lat - bez zgody ojca ksiądz nie udzieli im ślubu. Przez wściekłego ojca-któremu już musiała powiedzieć dlaczego jej tak pilno do ślubu- cała rodzina dowiedziała się o tym fakcie. Wtedy wybuchł skandal, który dzisiaj  bywa regułą- najpierw dziecko lub długoletni związek, a ślub albo jest albo go nie ma. Nikt się tym nie przejmuje i nie wstydzi się tego. Halina została  wyklęta z rodziny...




   Pobrali się 18 maja 1940 roku. Witold pracował wtedy jako kelner w barze Tempo w Alejach  Jerozolimskich  i miał tam wynajęty pokój na 5 piętrze. Było to wygodne ze względu na godzinę policyjną i nie musiał też spieszyć się wieczorem na tramwaj.
 Do momentu małżeństwa Halina miała bardzo dobre stosunki z teściową. Po ślubie ich relacje ochłodziły się. Liczyła, że jej syn ożeni się z posażną panną- jaką Halina jeszcze przed wojną była- niestety przeliczyła się. Jednak, gdy przyszedł na świat wnuk, sytuacja poprawiła się znacznie. A radość Witolda, że ma syna, była ogromna. Dziękował za syna, przepraszał za cierpienia. Był szczęśliwy, dumny, rozpromieniony.
Do Witolda, jak był mały, matka mówiła Pucek  i to przezwisko przetrwało do dorosłości- żona Halina też się tak do niego zwracała. Teraz więc, był duży Pucek i mały Pucio..
Gdy przyszedł ich syn na świat, Witold grał już w teatrze. Aktorzy byli podzieleni. Jedni uważali, i on do tych należał, że należy dalej krzewić kulturę, podtrzymywać Polaków na duchu i nieść słowo polskie, a drudzy przeciwnie. Była wtedy zgoda okupanta jedynie na teatry rewiowe - skecze, piosenki, tańce. 
Witold miał ogromne powodzenie i to zarówno ze strony kobiet i jak i gejów. Miewał różnego rodzaju propozycje. Niektórzy koledzy i koleżanki próbowali wykorzystywać sytuację w ciasnocie garderoby, aby choć dotknąć, przytulic się przypadkiem...










Halina i Witold
W drugiej połowie sierpnia 1942 roku, zamknięto teatr na dwa tygodnie- urlop dla wszystkich. Halina pojechała już w lipcu i czekała na męża..
W Zakopanem mieszkałam w małym prywatnym pensjonacie z pełnym wyżywieniem. Dla synka kupowałam jednak dodatkowo mleko u gaździny. Przeważnie chodziłam sama w godzinach snu dziecka. Kiedyś byłam z synkiem - gaździna zobaczyła wtedy, że jestem matką. Ze zdziwieniem zapytała:





  "A nie płakała to Was matka tak młodo dać na pożytek chłopu?" 
Zapewniłam, że mam bardzo dobrego męża. Po przyjeździe Witolda, na którego czekałam z utęsknieniem - to było nasze pierwsze tak długie rozstanie - któregoś dnia Witold sam poszedł po mleko. Następnego dnia gaździna stwierdziła: 
"Fajnego macie chłopa, miała matka rację"
Te dwa tygodnie spędzone w trójkę były najszczęśliwszym okresem mojego życia. Sami na łonie natury. Robiliśmy długie wycieczki, zbieraliśmy grzyby.   
                                                           
    Nadszedł dzień 1 października 1942 roku- aresztowanie Witolda. Ogółem aresztowano wtedy dziesięć  osób. Powód- fałszywe dokumenty dla Żydów. Mógł uciekać, bo został uprzedzony przez znajomą, ale nie chciał:



Oni mają do dyspozycji samochody,  szybciej będą w  moim domu niż ja i i jeżeli mnie nie zastaną - co wtedy z żoną i synkiem?

 Halina próbowała ratować męża. Udało jej się nawet przekupić Niemca, który za 26 tysięcy zgodził się pomóc. Z trudem nazbierała całą kwotę, trochę miała biżuterii mamy, trochę pożyczyła. Niemiec wziął pieniądze, nakazał, by przypadkiem nikomu nie wspomniała o ich umowie i obiecał, że Witolda przeniosą do lżejszego więzienia...
18 listopada 1942 roku, po powrocie z Warszawy do Włoch do domu, sąsiadka oddała mi kawałek tektury z przyczepionym zwiniętym sznurkiem. Tektura była wyrzucona z okna bydlęcego pociągu, przejeżdżającego przez Włochy. Tekturę tę znalazły dzieci, kradnące węgiel na torach. Z jednej strony było napisane: "Odjazd do Oświęcimia - włochowianie" i wymienione 10 nazwisk, z prośbą o zawiadomienie rodzin. Po drugiej - nasz adres i podpis Witolda. W pierwszej chwili pomyślałam, że Witold mnie zawiadamia, że tamtych wywożą - dopiero po chwili dotarła do mojej świadomości prawda, że On też tam jest...
                                                                                                                                                                
*
- Matkę Witolda wywieziono tydzień później, do obozu Birkenau. Zmarła z wycieńczenia  4 stycznia 1943r. W książce Seweryny Szmaglewskiej o Birkenau jest o niej wzmianka.

- Niestety Witold Zacharewicz został zamordowany w Oświęcimiu 16 lutego 1943 roku. Istnieją dwie relacje  okoliczności śmierci: miał zostać zamordowany zastrzykiem  z fenolu  w serce (co potwierdzało dwóch świadków) lub rozstrzelany (jak utrzymywał inny ze współwięźniów)

Miał zaledwie 29 lat.

Po prostu brakuje słów, by określić co i KOGO straciliśmy...




   

 ***

  Wpis zawiera tylko wybrane fragmenty wspomnień żony znakomitego aktora. Jeśliby ktoś chciał więcej, polecam stronę internetową :



LinkWithin