poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kamienni rycerze, Trzy słowa i inne...

Na poezję coś mnie dziś wzięło. Ot, tak zwyczajnie, bez powodu. Więc znalazły się na moim blogu wiersze nieznane mi wcześniej. Nie wiem, jak Wam? :)
Wiersze wyrażają miłość, wspomnienia, nostalgię, odwagę, radość z bycia sobą i z dnia codziennego...
 Między wierszami znajdziecie też piękną, starą, lubelską legendę..

A to wszystko znalazłam w trochę mniej starych, aczkolwiek pożółkłych, przedwojennych "Moich przyjaciółkach" ;)

Trzy słowa
Myślę o tobie często. — O tych dniach minionych,
Co mi się dziś czarownym snem wydają tylko,
Taką niezapomnianą, jasną, drogą chwilką,
Co zniknęła, jak znika urok snów prześnionych.

Tęsknię za tobą.... Tęsknię... W marzeniach szalonych
Przyzywam cię tęsknoty potęgą tajemną, —
I przechodzisz... Z uśmiechem schylasz się nade mną,
I płomień ust swych tulisz, do mych warg
spragnionych.

Kocham cię! Kocham! Kocham! To piękne słowo
W głębi duszy mej chowam jedynie dla ciebie,
O, bo sen mój złocistszy niż słońce na niebie,
Musi mi się raz jeszcze śnić kiedyś na nowo.

Myślę, tęsknię i kocham! Niechaj te trzy słowa,
Cicho staną przed tobą, jak wizja tęczowa,
I niech ci w nocnej głuszy długo szepczą o mnie...

O moim kochaniu, co się w piersiach żarzy,
O tęsknocie, co czeka na snów swych spełnienie,
O snach moich o tobie, pięknych nieskończenie,
O wszystkim, co wywoła uśmiech na twej twarzy.

O łzach gorzkich, co płynąc ulgi nie przynoszą,
Niech nie mówią... Uśmiechu ust Twoich nie płoszą.
Ja chcę być ci uśmiechem tylko i radością,
Myśli twoich ciszą, a oczu jasnością.

Irena Strzemię - Pieczkowska.

                                >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Pamiętasz, właśnie Miasto kładło się do snu...
W ulicach milkły kroki i gasły latarnie.
Wyludniały się place, kina i kawiarnie
I w ciepłej ciszy nocy marły echa słów.

Był wtedy czerwiec, na plantach krakowskich
Co pierścieniem się wrosły w średniowiecznym
                                                      murze
Rozkwitały przepyszne, purpurowe róże...
Powietrze ciężkie było od ich woni mocnych.

W ciężkie, zawarte bramy, w okiennice senne
Krągły księżyc zaglądał, po niebie żeglując,
Kładł się cicho po dachach jasno-srebrną smugą
A na złoconych wieżach rozpalał się w czerwień.

Od bram uniwersytetu w aleje pachnące
Szliśmy miarowym krokiem, ramię przy ramieniu
Pieśń nasza potężniała .. Przechodnie w milczeniu
Przystawali... krzyżując spojrzenia znaczące.

W domach otwarto okna... wokoło pomnika
Staliśmy... karne, milczące szeregi...
Z tylu ciekawi, trochę tej podmiejskiej biedy.
W tłumie studenci, panny obok robotnika.

Dalej szumiały drzewa w wietrze, który chłodził
Nasze twarze płonące... Nagle ktoś nieznany...
Rzekł głośno, jak gdyby przez kogoś pytany
Zbudzili Miasto... Zapaleńcy... Młodzi!

Maria Naturska

                                  >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

                                                                                Kamienni rycerze- legenda

"Po jarmarku w Annopolu Janowskim wracali ludzie to do pobliskiego Rachowa, to do Kraśnika, to do Jakubowic. U skraju osady, na jednym ze wzgórz stojącej kaplicy św. Anny, kłaniali się przechodnie słomianymi kapeluszami własnej roboty, a na piersiach opiętych siwą, lub siwo-granatową sukmaną, kładli pobożnie i jakby z obawą — krzyża znak święty. Tuż za kaplicą, na polach i w jakubawickim lesie trzeba było mijać gromadę  głazów kamiennych, sterczących smutnie. Kto tylko zbliżył się do nich, szedł z odkrytą głową, szepcząc pacierze za dusze zmarłych, dopóki ostatni głaz nie został za nim. U stóp  wzgórza szumiała Wisła, zrumieniona blaskiem  
zachodzącego słońca... 

Tego dnia panował jakiś ruch przy tym kamiennym cmentarzysku. Stały furmanki, a  robotnicy przy pomocy legarów dźwigali  wielkie głazy, ładując po jednym na każdą z nich. Przechodzący włościanie zamruczeli niechętnie.
— I komuż to spodobały się te biedne kamieniska? Nie lepiej zostawić je w spokoju, kiedy tutaj tyla wieków przeleżały? 
Robotnicy roześmieli się. 
— Aha! „Śpiący rycerze"? — przygadał  któryś z nich. — Dosyć już się wypróżnowali. Teraz zrobimy z nich tamę wiślaną. Będzie im chłodniej. 
— Przydadzą się i na budowę drogi bitej! — zaśmiał się drugi. — Potłucze się na  drobno i szosa będzie jak brylant! 
Chłopi spojrzeli ze zgrozą na mówiących. Przecież to czarodziejskie kamienie, zaklęci  ludzie! Jakże ich tłuc na kawałeczki, albo tamy z nich robić? Grzech!!! 
                                            ______________________

Staje myśl w biegu, cofa się wstecz... Przez progi wieków, przez szlaki dziejów podąża w zawrotnym tempie, spieszna, zachłanna,  ciekawa i zatrzymuje się u tronu Bolesława  Śmiałego. 

Panią na obecnym Annopolu i Rachowie była wtedy Anna Rachowa, krewna św. Stanisława 
 Biskupa, matka dwóch synów: Sędziwoja i Żegoty, dziedziców Święciechowa i Opoki. Po drugiej stronie Wisły, we wsi Słupi, mieszkała piękna Halszka, srebrem śmiechu i brylantami oczu usidlająca męskie serca. 
     Na Wiśle wrzało życie. Od Krakowa,  Sandomierza, Zawichosta ciągnęły tratwy. Uwodzicielska Halszka zjawiała się wtedy na  wyniosłym brzegu Wisły, by syrenim śmiechem zwracać na siebie uwagę flisaków. Podrażniony mile zmysł słuchu wysyłał ich oczy na  zwiady i obezwładniająca rozkosz udzieliła się zmysłowi wzroku. Wiosła wypadały z ręki a świadomość powracała w chwili, gdy pozostawione samym sobie tratwy rozbijały się u stóp góry, ku triumfalnej radości zwodnicy. 

Uroda Halszki oczarowała także dziedzica Święciechowa. Sędziwoj, Radiów syn, wysłał swaty za Wisłę i wkrótce potem poślubił ukochaną dziewczynę. Ale nie ustatkował  Halszki ani pierścień ślubny, ani czepiec mężatki. Lekkomyślności — diabeł podszewkę  grzechu doszywa i w posiadanie bierze obałamuconą duszę. Toteż Halszka, jak puch kwiatowy w swym sercu lekka, zakochała się w mężowskim bracie, wabiąc go ku sobie. 
Młody Żegota, rycerz piękny i śmiały,  poddał się czarowi bratowej... Wartka krew zakipiała w żyłach i spełnił się czyn występny: brat bratu żonę uwiózł. 

Ból i gniew targnął sercem Sędziwoja...  Jego honor smagnęła hańba. Wzgardzony lecz dumny, zażądał od brata satysfakcji orężnej. Strwożyła się na to wszystko matka powaśnionych, Anna Rachowa. Jak to? Grzech cudzołóstwa jeszcze walką bratobójczą pomnożyć? Nigdy! Od czegóż matki słowo mocne, od czegóż jej miłość i bojaźń Boża? Przed swoje oczy ich wezwie, do serc ich trafi, skradzioną żonę oddać każe i uraz piastować nie  pozwoli... 

Ale silniejsza była zawziętość braci od woli matki. Nie pomogły ani jej słowa dobre, ani jej bolesny gniew. Dla walki o honor i kobietę zebrali rycerzy i ruszył każdy z nich na czele swego wojska. Sędziwoj zatrzymał się w lesie koło Jakubowic, Żegota — na pobliskim wzgórzu. Lekkomyślna Halszka  dumnym sercem przyjmowała spór braci. Nie  zależało już jej specjalnie na żadnym z nich. Zwycięzca miał być godzien jej względów. 
Z ciekawości wyszła otoczona dworem niewieścim na jedno ze wzgórz, chciwa  podniecającego widoku, ciekawa rezultatu walki. A w oknie baszty czuwała drżąca z  niepokoju Anna Rachowa. 
Może się rozmyślą? Może dłonie wyciągną do zgody? Może różdżką oliwną i gołębicą  pokoju stanie się w ostatniej chwili wietrznica Halszka? Wszak przyszła... Wszak jest... Czyż dopuści do rozlewu krwi przez nią?... dla niej?... 

Lecz co to? Szeregi szykują się do walki? Pada pierwsze hasło jej rozpoczęcia? Przebóg!!! Kainowa zbrodnia się powtórzy!!!... 
Z rozdzierającym krzykiem rzuciła się  Anna Rachowa na kolana. — Boże! — zawołała rozpacznie. — Zamień ich raczej w  kamienie, a nie dopuść by popłynęła krew bratnia!!! 

W odpowiedzi zawył niepokojący wiatr,  trzęsąc ramą okienną. Anna Rachowa uniosła się 
z klęczek i do okna podbiegła. Nie widać nic. Wicher poderwał z ziemi gęste leje pyłu i pole walki przesłonił. Jakoś straszno zrobiło się matce. 
— Czy Bóg zesłaniem nawałnicy chce oprzytomnić zaślepieńców? Chce odwlec chwilę zbrodni? 
Słychać żywy odgłos przyśpieszonych kroków... Ktoś biegnie... ktoś ucieka... Jakaś gromadka zbliża się do zamku. Kobiety!!!...  
Biegną przerażone. Długie szale podrywa i unosi wicher... Pierwsi dezerterzy z terenu walki. To dwór. Halszki. A gdzież ona? Już dopadły zamku, jęknęły ciężkie odrzwia... i cisza. Nie bieży więcej nikt, ale i strzałów nie słychać. Żywioł — nadprzyrodzoną moc przypomniał i ochotę bratobójczej walki odebrał? 
Matka patrzy, wypatruje oczy, wytęża słuch... Aż oto wiatr się uciszył, opadła kurzawa... Jezus Maria!!! co to? Znieruchomiali stoją rycerze, a opodal na wzgórzu sama, sztywna jak posąg Halika. 
Anna Rachowa wybiegła z baszty. Przestrach poniósł ją jak na skrzydłach. Z niepokojem 
dopadła pierwszych szeregów: — Kamienie!!! przebóg!!! kamienie!!! Sędziwoju! Żegoto! Nie było odpowiedzi. Gniewni bracia skamienieli także. Dla synów nie miało wagi słowo matki. Bóg usłyszał zaraz jej zaklęcie i udaremnił kainowy czyn. 
Przerażoną Anna Rachowa  oprzytomniawszy po pierwszym, wstrząsającym bólu, kazała — dla przebłagania Boga — wznieść kaplicę pod wezwaniem swej Patronki, na tym miejscu, gdzie skamieniał syn jej młodszy, a terenom położonym u stóp wzgórza dała nazwę Annopola. Po czym — złamana cierpieniem,  udręczona wyrzutami sumienia, wstąpiła do  klasztoru pp. Franciszkanek w Zawichoście, aby resztę życia spędzić na pokucie i modlitwie za biedne kamienie. 
Z wiarołomnej Halszki zadrwił ślepy los. W jakiś czas po tym zdarzeniu, mieszkańcy Annopola zbudowali wiatrak, na miejscu  tragicznego kresu jej żywota. Wiatrak — symbol godny grzesznej wietrznicy, pomnik  sprawiedliwy, na smutną pamiątkę postawiony. "

 Legendę o kamiennych rycerzach podważyli geolodzy, stwierdzając, że owe kamienie przywędrowały wraz z lodowcami ze Skandynawii. A podobno do dziś w okolicy Annopola stoją trzy samotne kamienie kształtem przypominające ludzi. "Rysów ich już nie rozpoznasz. Deszcz i wiatr rzeźbiły je długo i nadały im inny kształt." 
Natrafiłam w necie na inne lubelskie legendy i inną wersję powyższej legendy:  biblioteka.teatrnn.pl

Mimo wszystko, wydaje mi się, że warto pielęgnować w sercu dawne wierzenia i legendy, po prostu warto (od czasu do czasu) wierzyć w bajki ;). Przecież nie wszystko w życiu jest czarne i białe, nie wszystko da się wytłumaczyć, jednak wszystko jest w jakiś sposób magią: drzewa, trawa, kwiaty, oceany, zwierzęta, deszcz, słońce itd. Nawet my sami...

                        >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Ach! to w białej spódniczce, szerokim fartuchu, 
W koszuli wyszywanej barwnie krzyżykami 
I szarfą opasana żółtawo - czerwoną — 
Ładna, zwinna i szparka biłgorajska sitarka 
Biegnie żywo a za nią warkocze z wstążkami, 
A przed nią — pstre korali grono! 
Ze wschodu ktoś ją goni, z czapeczką barwną w dłoni.. 

Półsukmanka brązowa, 
Szwy czerwienią znaczone, 
Na baskinie i klapkach obszyta jaskrawo... 
Czarny kołnierz poprawia 
To chłopak z Tomaszowa! 
I spieszy do dziewczyny... 
— Brawo, chłopcze, brawo! 
Dobrze się zabawiasz w swobodne godziny! 
Przyklasnęli mu chłopi, widząc te zaloty, 
I poszli swoją drogą, każdy roześmiany, 
Ubrani w kapelusze „swoistej" roboty 
I w siwe sukmany. 
Tu i ówdzie — kapota siwo - granatowa.. 
Skąd idą? Z niedaleka! z pobliża Janowa! 

O! jakaś okolica ślicznie sfalowana, 
Wód wstęgą podpasana, 
Miła, wesoła, 
Jakby szczęścia dzień nastał! 
Nad rzeką śpieszy niewiasta... 
Zielony fartuch dokoła, 
Jak spódniczka szeroki, 
Jak wzgórz trawa — zielony! 
A na głowie — przymarszczony, 
Biały z różowym dodatkiem. 

I z gwiazdką na czole, 
Niby wilcze ślepie — 
Czepiec! czepiec mężatki! 
Rzecz jak na stole! 
Szkoda, że ślubnemu podległa już prawu, 
Bo ładna. A skąd ona? 
Skąd? z Krasnegostawu! 

Oj, oberek brzmi oberek, 
Ha! ha! W czerwonej spódnicy 
Dzwonią podkóweczki szczere.. 
Chwycił Jasiek w tan dziewczynę, 
W swym Łuszczowie pod Lublinem. 
Hej: ha! 
Ciemna czerwień spódnicy przy czarnym  
gorsecie, 
Jak rumieniec brunetki, jak granatu kwiecie, 
Miga w oczy zachwytem, a białość koszuli 
Węże szklanych paciorków przywabia i tuli. 
Frr! frr! warkocze dwa — 
Hej! ha! 
A Jasiek sukmany brąz 
Przystroił bławatem 
Z czerwienią wyszyć i pomponów... 
I poszedł w pląs! 
Czarne błyszczą mu cholewy 
I kaszkietu dach. 
ściska kibić swojej dziewy,
A tańczy- że strach!
                                       >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>          

źródła tekstu i zdjęć :
moja przyjaciółka 25.06.1939, nr 12; moja przyjaciółka 25.06.1938, nr 12; moja przyjaciółka 25.05.1939, nr 10


sobota, 31 maja 2014

Azaja, historia miłości arabskiej- Mieczysław Dunin Borkowski

nota biograficzna z 1939 roku
Mieczysław Dunin Borkowski ( vel Józef Newlin)-   Bardzo niewiele jest informacji na temat życiorysu Dunina Borkowskiego w źródłach historycznych. Tak gwoli ścisłości, w internecie, znalazłam tylko jedno. Przypuszczam, że w obecnych czasach mało (bardzo mało) kto zna jego osobę. Akurat i ja należę do tej kategorii ludzi i nawet na sto procent nie wiem, czy to aby na pewno jest ten Borkowski, który napisał "Azaję, historię miłości arabskiej", którą to opowiastkę znalazłam w przedwojennym czasopiśmie.

Wczesną młodość Dunin spędził wraz z bratem w Szwajcarii- przebywał tam do końca pierwszej wojny światowej. Po powrocie do kraju, kontynuował naukę w jednym z poznańskich gimnazjów i tam w 1924 roku, zdał maturę. Jak sam później zeznał, po ukończeniu szkoły zajmował pisaniem artykułów do dzienników polskich i zagranicznych w języku polskim.

 Życie osobiste hrabiego przedstawia się bardzo zagadkowo, ponieważ on sam, w późniejszym -zwłaszcza powojennym- czasie niejednokrotnie uatrakcyjniał je pikantnymi opowieściami. Zacznijmy od tego, że mieszkając w Poznaniu związał się z młodszą od siebie o dziewięć lat Danutą Jastrzębską, z którą w 1937 roku, zawarł ślub cywilny. Formalnie Danuta pozostawała jego żoną aż do roku 1950, kiedy wzięła z nim zaocznie rozwód. Po latach opowiadał barwną historię o tym jak to Danuta zmusiła go do ślubu kościelnego- przez ów fakt udało mu się uzyskać anulację  nieskonsumowanego małżeństwa. Mówił, że rozstał się z żoną tuż przed nocą poślubną. O ślubie cywilnym i o córce Ewelinie urodzonej prawie dwa lata po jego zawarciu, zapomniał…

Według własnych zeznań, w rocznicę wybuchu wojny poślubił Wandę Boratyńską. Bigamia w warunkach okupacji była możliwa. Tylko, dziwnym zbiegiem okoliczności, żadna warszawska parafia, nie posiada aktu owego ślubu. Jednakże, mimo tego faktu, Wanda Boratyńska była przedstawiana  w czasie wojny i tuż po niej jako Mieczysławowa Dunin Borkowska.

Przebywając w Warszawie w czasie okupacji, podobno, przez dwa lata, Dunin-Borkowski utrzymywał się z handlu czarnorynkowego i zasiłków dla bezrobotnych dziennikarzy. Większość swojej okupacyjnej przeszłości przedstawiał później polskiemu wywiadowi, jako obraz nieszczęść związanych z nadwątlonym zdrowiem (od młodości chorował na serce), trudną sytuacją materialną graniczącą z biedą i nieustannym lawirowaniem pomiędzy niechęcią do współpracy z okupantem, a koniecznością zarabiania pieniędzy na życie. W pierwszej połowie 1942 roku wyjechał wraz z Wandą do Krakowa, gdzie otrzymał pracę w biurze tłumaczeń. Było to biuro podległe władzy niemieckiej. Po wojnie na przesłuchaniu przez oficerów wywiadu, twierdził, że został szantażem zmuszony do tej pracy. Nie uważał się za hitlerowskiego kolaboranta, usprawiedliwiał swoje postępowanie specyfiką czasu wojny i antykomunizmem.

Krótko po wojnie Borkowski został aresztowany. W początkach sierpnia 1945 roku przekazano go wraz z żoną do obozu cywilnego dla osób współpracujących z Niemcami. Pobyt w takim obozie trwał co najmniej rok. Później twierdził, że swoje zwolnienie zawdzięczał jakimś kontaktom z Watykanem. Newlin był w posiadaniu wielu dokumentów wzbudzających wątpliwości co do ich oryginalności. Między innymi  legitymacje, dyplomy czy różne wizytówki, którymi "potwierdzał" swoją tożsamość, do akuratnie pasującej sytuacji. Po prostu umiał z nich korzystać.

W roku 1949 Dunin Borkowski osiadł w San Marino. Tam też według rodziny jest pochowana Wanda Boratyńska uchodząca za jego żonę. Później, w tonie żartobliwym, Newlin opowiadał, że otruł ją zaraz po wojnie, ponieważ była wielką przeszkodą w powojennej zmianie jego tożsamości...

W San Marino, jako rzecznik prasowy, miał niezłą sytuację ekonomiczną, więc zdecydował się na zawarcie kolejnego związku małżeńskiego, z młodszą o siedemnaście lat Polką, Janiną D. Tam też urodziła się trójka ich dzieci- córki Anna i Stefania oraz najstarszy syn Giacomo, dziś szwajcarski dziennikarz i ostatni już hrabia Dunin Borkowski.

Tak jak niejasne i na sto procent niepotwierdzone są przytoczone niektóre fakty z życia hrabiego, tak i śmierć Newlina nastąpiła w mglistych okolicznościach. Podobno zmarł w Genewie w sierpniu 1971 roku. Jednak dla jednego człowieka życie tego, z całą pewnością, nieprzeciętnego człowieka, nie skończyło się wraz z pamiątkową fotografią genewskiego grobu. Kilka lat później, będąc na piwie w dworcowej restauracji, dojrzał przy sąsiednim stoliku mężczyznę łudząco podobnego do Newlina. Niestety, gdy tamten go zobaczył, to oddalił się szybko i do konfrontacji nie doszło.  "Trudno mi do dziś uwierzyć w jego oficjalną śmierć, a taki inscenizowany pogrzeb byłby jak najbardziej w jego stylu” Krasicki, bo o nim mowa, jest przekonany, że widział wtedy Newlina.

 Za to już bez żadnych wątpliwości, w 1992 roku, swoją śmierć upozorowała pierworodna córka Newlina, Ewelina Dunin Borkowska. Jej fikcyjny nekrolog ukazał się w warszawskiej prasie. W rzeczywistości córka Newlina, uciekła za granicę z powodu wielomilionowych długów.

 Mieczysław Dunin Borkowski, nosił historyczne nazwisko z tytułem szlacheckim, co otwierało mu drzwi wielu salonów. Najwidoczniej uważał, że to za mało, więc zmieniał paszporty i życiorys w zależności od okoliczności, bywał zaplątany w najróżniejsze historyczne wydarzenia, a jego okupacyjna postawa bywa nazywana kolaboracją. Kim tak naprawdę był Mieczysław hrabia Dunin Borkowski alias Giuseppe Newlin?

 Do dziś trudno jednoznacznie stwierdzić, co w jego życiu było prawdą, a co fikcją, więc to pytanie pozostanie już chyba na zawsze bez odpowiedzi...

Zapraszam do przeczytania niezwykłej opowieści o miłości, która to przyczyniła się do tego, iż  zainteresowałam się poszukiwaniem informacji o jej autorze.

                                                                      ***

Azaja
Historia miłości arabskiej

I.
Na wzgórzach otaczających Fez, obchodzono święto Marabut z Ellcuali. Dokoła białej kopuły meczetu niezliczone pokusy rozpościerały swe sztandary. Między białymi gandurahami kobiet — roiło się od czarnych, czerwonych i zielonych burnusów mężczyzn.
Tłoczono się u stóp ołtarza, żeby świętemu złożyć dary. Chropowatymi głosami śpiewano „Fatibę" —wyjątek z Koranu. Na pobliskim zboczu zabijano całe stada owiec i po upieczeniu wieszano na drzewach. Wszędzie rozbrzmiewała muzyka oraz radosne okrzyki. Oślepiający blask nieba marokańskiego górował nad rozbawionym i rozmodlonym tłumem.
Parę mil od Fezu w warownym zameczku, harem Sidi Hafida budził się ze snu. Małżonki Kaida przygotowywały się również do obchodu święta. Przed artystycznie ozdobionymi drzwiami, stały
przygotowane do drogi muły, obwieszone jedwabnymi materacami oraz kuframi, wypełnionymi masą perłową. Na progu w śnieżno białym burnusie i w pantoflach z żółtej skóry, stał Sidi Hafid.
Stanowczym głosem wydawał służbie rozkazy. Sylwetka Sidi Hafida przedstawiała typowego inarokańczyka. Wysoki, chudy, w kościstej twarzy głęboko osadzone świdrujące oczy, nos orli, z całej postaci bije egoizm i duma rasowa. Przed jego rozkazem każdy musi schylić głowę, niczym wielbłąd na rozkaz przewodnika. On jest „panem i władcą".

Po dokładnym obejrzeniu zaprzęgu i załadowanych towarów wszedł do domu. Przeszedł wysoki, ciemny korytarz, podwórze ozdobione mozaiką i wazami z porfiru, galerję ozdobioną kolumnami z drzewa cynamonowego, jednym słowem, cały paląc, skrzący bogactwem i przepychem. Zatrzymał się przed drzwiami, osloniętymi grubym dywanem. Wstrzymawszy oddech, nadstawił uszu, starał się domyśleć, co się wewnątrz dzieje. Zbladł. Z pewnego rodzaju zajadłością wchłania zapach ambry wydobywający się z sąsiedniego pokoju. Po chwili zdecydował się podnieść drżącą ręką zasłonę i bez zdejmowania pantofli wszedł do Azaji. Zastał ją na wpół leżącą na tapczanie, obitym czerwoną satyną, w komnacie urządzonej z przepychem.

Azaja była najulubieńszą z jego żon: czarująca istota z brązową cerą, duże, czarne oczy, mocno
węglem podczernione, cienki nosek, małe usta z wargami zawsze rozchylonymi i spragnionymi
pieszczot.

Na kolanach trzymała szkatułkę, jedną z tych, nad którymi pracują nieraz dwa lub trzy pokolenia, aby stworzyć prawdziwe arcydzieło sztuki rzeźbiarskiej. Szkatułka ta, wypełniona była kosztownościami oraz flakonami wonnych olejków. Wchodzącego przyjęła uśmiechem, pokazując ostro zakończone ząbki, które niby sztylety wrzynały się w serce ukochanego... Nie zwracając więcej uwagi na obecność Hafida, zaczęła się przeglądać w lusterku, oprawnym w złoto.
— O panie, która może być godzina? — spytała.
Małżonek wpatrzył się w nią przenikliwym wzrokiem, nie racząc nawet odpowiedzieć. Azaja nie zatrwożyła się brakiem odpowiedzi. Wyjęła z puzderka brylantowy diadem i wpięła go w bujne, olejkiem kminkowym wygładzone włosy. Spojrzawszy w zwierciadło, uśmiechnęła się z
zadowoleniem, po czym powoli powstała.
Była gotowa. Spod białego gandurahu wyglądały cienkim jedwabiem przykryte, jej młode i jędrne piersi oraz lubieżnie wycięte biodra — okolone czarnym, jedwabnym pasem, spiętym dużą klamrą
wysadzaną przepięknymi szmaragdami.
W końcu Sidi Hafid zbliżył się do niej i opanowawszy swe pragnienia, skierował na nią swój
wzrok i rzekł:
— Azajo, nie łam moich rozkazów. Udajesz się do Marabut, ażeby śpiewać pieśni pochwalne i
złożyć mu swoją ofiarę.
— I na to, aby trochę rozweselić swe serce, — przerwała mu tonem rozkapryszonego dziecka.
Sidi chwycił ją za ręce.
— Dobrze, — rzeki — ale przysięgnij, że nie będziesz tańczyła.
Wiedział, że ta córa gór przepadała za tańcem i zdawał sobie sprawę, na jakie naraża się
niebezpieczeństwo, posyłając ją na obchód święta. Straszna zazdrość raniła mu serce. Ach, ten taniec, przyprawiający o obłęd: z zamglonym wzrokiem, z drgającymi piersiami, całkowicie
zmieniony wyraz twarzy, z której bije cała namiętność krwi orientalnej. Tak spotkał ją w pewien świąteczny wieczór, niedaleko jeziora „Sebou" tańczącą przy świetle księżyca w otoczeniu
oczarowanego tłumu. Od tej chwili opanowała mu zmysły i serce, i odtąd została jego żoną, chciał, ażeby tańczyła tylko dla niego.

Pod wpływem brutalnego rozkazu najukochańsza stawiła mu opór, chcąc uwolnić swe ręce z
żelaznego uścisku, lecz bez skutku, gdyż Sidi przytrzymał je jeszcze mocniej i przez zaciśnięte zęby wykrztusił:
— Przysięgnij, że nie będziesz tańczyła!....
Azaja odwróciła głowę, nie odpowiedziawszy mu nawet.
Ach! Pierwszy raz w życiu spotykał u kobiety pogardę i opór. Tamte osiem żon, z których składał się jego harem, były mu uległe niczem służebnice. Zawsze u jego stóp, szczęśliwe gdy mogły
zadowolić najmniejsze jego kaprysy, zawsze gotowe czyścić mu zęby złotą szpilką, stroić łoże bukietami jaśminu oraz wieczorem łaskotać mu pięty, ażeby uprzyjemnić zasypianie. Ta jedna tylko pozostawała zawsze dumną, jak wierzchołki gór, które niedawno opuściła. Opór ten oburzył Hafida, a jednocześnie potęgował jego miłość.

Sidi Hafid, uniesiony gniewem, jeszcze mocniej ścisnął jej słabe dłonie, aż pękła djamentowa
bransoleta. Azaja zbladła.
— Przysięgnij! — syknął. — Albo pomimo klątwy, która spaść może na moją głowę, nie wyjdziesz
stąd.
Azaja naprężyła sic cała z bólu, lecz wymagane zaklęcie nie wyszło z jej ust.
— Przysięgnij! — powtórzył Sidi z kończącą się cierpliwością.
Po chwili ledwie dosłyszalnym szeptem rzekła:
— Przysięgam!
Równocześnie jednak wzrok jej zadawał kłam własnym słowom. Zwolniwszy zaczerwienione ręce małżonki z uścisku swych chudych palców, odrzucił Sidi Hafid żonę na tapczan i cały wzburzony opuścił komnatę.
— Ach, gdyby zabronienie pójścia na dzisiejszą pielgrzymkę nie było bluźnierstwem, nie wyszłabyś stąd, ty, któraś mi spaliła serce od chwili, gdym cię poznał.

II.

Prędko zapadała noc. Tu i ówdzie zapalano już w namiotach światła. Harem Sidi Hafida spędził wesołe popołudnie. Małżonki Hafida, śpiewając nabożne pieśni, składały mnóstwo różnokolorowych świeczek dookoła grobowca świętego.

Po zachodzie słońca, młode niewiasty udały się pod święte drzewo "Płodności", rosnące niedaleko
meczetu. Na gałązkach wieszały pukle swych włosów lub części ozdobnych pasów, zanosząc
równocześnie błagalne modły, aby Allah pozwolił im zostać matkami i w ten sposób zyskały względy swych "panów".
Azaja nie przyłączyła się do nich. Ceremonia ta nie była jej jednak potrzebną. Wiedziała, że
Sidi wolał ją nad wszystkie inne, jedynie z powodu uczuć, jakie w nim wzbudzała jej osoba. Sama wśród rozległego namiotu przysłuchiwała się dochodzącym z daleka odgłosom arabskiego bębna,
zwanego debir (rodzaj bębna, który zamiast pergaminem powleczonym jest cienką blachą i dlatego wydaje matowy dźwięk podobny do słowa dov).
— Dov,  Dov,  Dov.
Głuchy ten stukot przyciągnął ją i sprawił, iż drżała od wewnętrznego wzruszenia.
W sąsiednim namiocie rozpoczęto święty taniec „Djiib".
Tancerki odpięły ciężkie gandurahy i w powiewnych szatach zaczęły tańczyć. Z początku powoli,
potem coraz szybciej, podekscytowane krzykami otaczającego tłumu oraz odgłosem bębnów. Wreszcie taniec przeszedł w rodzaju furii. Tancerki wyglądały w ciemnym namiocie jak czereda potępieńczych duchów. Stojąc na miejscu kręciły z szaloną szybkością górną połową ciała, potrząsając jednocześnie głową. Taniec trwał tak długo, dopóki omdlałe ze zmęczenia nie padły na ziemię. Wtedy starsze kobiety spryskiwały zemdlone wodą, przyniesioną w artystycznie rzeźbionych amforach z brązu.
Azaja wstała i instynktownie przyłożywszy ręce do bioder, zaczęła sama jedna tańczyć w swoim
namiocie.
— Dov, Dov, Dov. ...
Dla Azaji taniec to cały majestat krain wschodu, to jasne noce nad brzegami rzek, gdzie tańczyła aż do omdlenia, pod baldachimem z gwiazd.
— To szmer wód i dźwięk padających wokoło niej monet złotych i pełne ekstazy okrzyki mężczyzn, którzy rozpościerali się u jej stóp.
— Ach te noce! te noce!...
Wystarczy zrobić tylko parę kroków, żeby znów je przeżyć. Wystarczy, żeby przebyła tych parę
cieniem okrytych pagórków, aby choć raz jeszcze przed śmiercią skosztować tych przeogromnych emocji.
A bęben tam na dole wzywał do ostatniego świętego tańca, specjalnie poświęconego dzisiejszej
uroczystości.
Biodra Azaji zaczęły drzeć. Złotolity pas ciążył jej zanadto. Diadem odpiął się i bujna fala włosów
spłynęła na ramiona...
Tak ją porwał szał tańca...
Tymczasem zdaje jej się, że słyszy zbliżające sic kroki, lodowaty podmuch przeszedł jej po czole.
Chce przezwyciężyć ochotę do tańca, przypomina sobie jak we mgle parę świdrujących oczu małżonka swego, zaciśnięte pięści... i przysięgę... — Ujrzała straszne następstwa, gdyby odważyła się tańczyć w tłumie. Jej młode ciało zbuntowało się jednak.
Chce uciekać, jednym skokiem znalazła się poza namiotem.
W tym momencie głos wzywającego do tańca znów rozległ się wśród nocy:
— Na kogo kolej, niech przyjdzie, niech Allah ześle złamanie nóg na tę, która nie zechce tańczyć dla naszego świętego.
- Dov, Dov, Dov....
I bęben znowu rozpoczyna, przywołuje, przyciąga i otacza niemożliwą do opanowania atmosferą.

III.

W poświacie księżyca wałęsa się Sidi Hafid po pustym dziedzińcu. Od czasu do czasu zatrzymuje się, w oczach zapala mu się jak gdyby płomień widać, że nurtują go przykre myśli. Głęboka
zmarszczka przecina mu czoło. Wtem  ostrym głosem przywołał wiernego sługę:
— Mahmed...
Spod czarnych czeluści schodów, niby duch jaki, pojawił się Mahmed. Był to człowiek krępy,
o szerokich ramionach, wypukłe czoło oznaczało energię, dwoje szarych oczu nadawało twarzy wyraz dobroci.
— Psie i psi synie — gdzieś jest?
— Ja sam jestem psem, panie! Rodzice moi spoczywają już na łonie Allaha.
— Koń mój gotów?
—Tak, jak mój pan każe. Kolana i kopyta pomalowane są henną, oczy zaś jego podczernione kholem (specjalny rodzaj węgla) jak twoje panie.

Sidi z zadowoleniem kiwnął głową. Niewolnik zniknął jak błyskawica. Po krótkiej chwili spotkali się przed bramą. Sidi Hafid ubrany był w zwykły burnus. Mahmed trzymał za uzdę „Złotą strzałę", przystrojoną jakby do bitwy. Sidi dosiadł konia i nie pozostawiwszy żadnych rozkazów, pełnym galopem ruszył w ciemność.
Przez chwilę śledził Mahmed wzrokiem swego pana i pomyślał:
— W stronę Marabut skierował się. Tymczasem miał ofiarę swoją zanieść dopiero za trzy dni!
Widocznie coś ważnego zmusiło go do zmiany zwyczajów domowych.
Mahmed wzruszył ramionami i mruknął:
— Allah tylko zna serca ludzkie!...
I zamknął bramę.

Tancerki powracały właśnie z pielgrzymki, gdy zjawił się Sidi na progu namiotu. Wszyscy zadrżeli z przestrachu. Łuna gniewu biła z twarzy Hafida. Nie odpowiedziawszy nawet na ukłony, szukał wzrokiem Azaji. Nie było jej już między kobietami. Zrozumiał.
— Przygotujcie się do powrotu, — rozkazał. Namiot ma być natychmiast zwinięty.
— Dobrze... dobrze... Panie! — bełkotały tancerki na wpół przytomne ze strachu.
Sidi pogalopował w odwrotnym kierunku. Po chwili zjawił się znowu, ciągnąc Azaję za pasek, —
Azaję, którą za włosy wyciągnął z piekielnego tańca, z błędnymi oczyma — w podartym gandurahu — całą zlaną potem. Nim winowajczyni ochłonęła z przestrachu, Sidi Hafid wyciągnął z pod burnusa duży czarno-biały fular i z przekleństwem na ustach rzucił jej chustę w twarz.

Zgromadzone niewiasty wydały okrzyk trwogi. Azaja skazana była na śmierć.

IV.

Azaja miała zginąć. Owe trzy dni, które religia mahometańska nakazuje pozostawić skazanym już upłynęły i w fatalny wieczór, godzinę przed egzekucją, otworzył Mahmed znajdujące się w głębi ogrodu drzwi od wiezienia, w którym Azaja przetrzymana była od chwili powrotu z obchodu święta. To już nie pierwszy raz poruczał Sidi Hafid Mahmedowi załatwianie tak ponurych spraw.
Lecz tych parę głów, które znajdowały się w studni bez dna, należały do bandytów, którzy napadli w lesie na Hafida, względnie mścili się na jego sługach, wiążąc im ręce i nogi i wrzucając potem do wodospadu... Więc Mahmed mógł wykonując wyrok, rzec:
— Tyś przyprawiał o śmierć, więc teraz kolej na ciebie!
Lecz cóż zrobiła Azaja? Jakaż była jej wina?
Mahmed nie wiedział.

Ręce jej nie były splamione krwią. Wiedział, iż zawsze wierną była swemu małżonkowi. —
Przewinienie jej nie musiało być zbyt wielkie, nie ma prawa nie słuchać rozkazu... mimo wszystko, czyż to wystarczało żeby zasługiwała na śmierć?
Gdy sługa otworzył drzwi więzienia, promień księżyca oświetlił pojmaną. Za całe okrycie służyła
jej cienka koszula, przepasana w biodrach czarnym sznurem. Ręce miała związane z tylu.
Na widok swego kata, Azaja zbladła. W jej wielkich oczach można było wyczytać błagalny wyraz.
Lecz ze ściśniętego gardła nie wydobyło się ani jedno słowo. Mahmed odwrócił głowę.
Złożył u nóg skazanej kamienne naczynie, pełne wody i rzekł do niej głosem, któremu chciał nadać
ostry ton:
— Córko Muzułmanów, godzina twoja nadeszła. Zrób swe ablucje!
Azaja wzdrygnęła się. Widać było, iż natęża wszystkie muskuły, w końcu zdołała wykrzyknąć
głosem pełnym zgrozy:
— Mahmed! Mahmed!
Lecz niewolnik wyszedł już i zamknął drzwi za sobą na podwójną zasuwę. Siedząc na progu więzienia, słuchał ze ściśniętym sercem łkania młodej kobiety. Z przerażeniem oczekiwał na chwilę, gdy cień księżyca padnie na studnię, gdyż wtedy miał wrzucić w nią swoją ofiarę.
Mały piecyk, pełny smoły i siarki, stał obok studni. Mahmed miał go zapalić, jak tylko dusza
muzułmańska połączy się z Allahem...
Cisza panowała tak w domu jak i dookoła. Sidi Hafid wyjechał na spacer w otoczeniu zgrai
psów, aby nie słyszeć śmiertelnego krzyku ukochanej kobiety.
Nadszedł czas stracenia.
Mahmed wlókł za sobą związaną Azaję. Czepiała się ona kurczowo przydrożnych kamieni
oraz korzeni krzewów.
Rozkaz powinien był być ściślej wykonany. Mahmed bowiem nie związał rąk skazanej, licząc, że
i tak prędko załatwi się ze słabą niewiastą. Nieszczęśliwa stawiała rozpaczliwy opór i w niedługim
czasie krzyki jej słychać było w całej okolicy.
— Mahmed, dobry Mahmed, — błagała. — zlituj się nad moją młodością! Oszczędź moje ledwie
rozkwitłe życie! Bóg za to zachowa ci twoje. Przypomnij sobie, gdy byłam królową haremu,
czy zrobiłam ci co złego... Mahmed, przypomnij sobie!...
Widać było, że Mahmed toczy ze sobą ciężką walkę wewnętrzną. On, który zawsze był wierny swemu panu, słyszał głos jego, który mu rozkazywał: Zabij! A rozkaz „pana" wykonuje się bez szemrania. Mimo to bał się gniewu Bożego, — on Mahmed bał się uśmiercić niewinną. Wahał się, gdyż nie znał jej winy. Pierwszy raz Sidi nie wyjawił mu zbrodni skazanego.

— Litości. Mahmedzie, litości! — Daruj mi życie, a odejdę i zagłębię się w cień bezmiernych
lasów Seybouse, tak, iż nikt nie będzie widział, że egzystuję na ziemi.
Cień księżyca minął już studnię. Mahmed zauważywszy to, jak gdyby się przebudził, ze zdwojonym wysiłkiem chwycił Azaję za ramię i zaciągnął na brzeg studni. Biedaczka zdołała pochwycić brzeg jego burnusa i wbić mu paznokcie w ciało.
— Mahomed, w imię twej najdroższej córki, zlituj się nade mną...
Niewolnik zastanawiał się chwilę i jak we mgle ujrzał rysy swej drogiej Bekhty, serce swego serca, jedyny jasny promyczek swego ciężkiego życia, walczącą również z bezlitosnym katem. Sumienie żądało sprawiedliwości.
— I ty, — wykrzyknął w końcu, nie puszczając jednak swej zdobyczy, — coś zrobiła panu
naszemu?
— Ja. — wyszeptała Azaja ledwie dosłyszalnym głosem, była już na wpół uduszona, — ja
tańczyłam święty taniec ...
Mahmed znieruchomiał. Po krótkim namyśle wyciągnął zza pasa sztylet i jednym zamachem przeciął więzy skazanej, a zniżając głos rzekł:
— Patrz: moją głowę wraz z głowa mej córki oraz żony mojej ofiaruję za twoją. Jeżeliś naprawdę zrobiła to, coś rzekła, to uratujesz nas...
Podniósł następnie groźnie pięść i dodał:
— Lecz jeżeliś skłamała, Bóg cię dosięgnie. Odejdź!
Azaja wyprostowała się i oddaliła od studni, jeszcze cała pod wrażeniem ostatnich słów Mahmeda.
Gdy znalazła się już przy murze, okalającym posiadłość Sidi Hafida, odwróciła głowę i jeszcze
raz podniesionym głosem przysięgała żernemu słudze, że to, co powiedziała jest prawda.
Mahmed przywołał ją z powrotem i zanurzywszy rękę w piecyku, podał jej garść siarki ze słowami:
— To dla psów, jeśli je spotkasz...
Azaja przyklękła i pocałowała niewolnika w rękę:
— Bóg ci to wynagrodzi, dobry Mahmedzie.
I otworzywszy małe ukryte w murze drzwiczki, zniknęła w ciemnościach nocnych...
Nie zdążyła przejść nawet pól kilometra, gdy zwęszyły ją psy, powracające z Sidi Hafidem i
rzuciły się za nią. Azaja, zobaczywszy grożące niebezpieczeństwo zaczęła biec, lecz psy dogoniły
nieszczęśliwą i już miały rzucić się na nią i rozszarpać w kawałki, gdy przypomniała sobie
polecenie Mahmeda i rzuciła im w oczy siarkę.
Przerażone zwierzęta, skowycząc z bólu, pobiegły do swego pana.
— Stało się — rzekł, Hafid, — zobaczyły przechodzącą śmierć.
Nad zamkniętą studnią. Sidi zastał Mahmeda siedzącego z głową spuszczoną i nieśmiejącego podnieść na niego wzroku.
— Mahmed, co ci jest?
— Nic panie. Kwadrans minął jak odeszła. (W języku arabskim słowo odejść ma podwójne
znaczenie: umrzeć i odejść).

V.

Minęły miesiące. Nastała twarda, rzadko w tych stronach spotykana zima. Od czasu zniknięcia nieposłusznej żony, wycofał się całkowicie Sidi Hafid do swych apartamentów. Całymi dniami przesiadywał w kącie komnaty, otulony w skórę tygrysa. Nie spacerował po wspaniałych korytarzach, ani nie zaglądał do komnat żon swoich. Głos jego słychać było tylko, gdy przywołał Mahmeda, nakazując mu przynieść szklankę alkoholu lub nałożyć tytoniu do fajki.

   Zdarzało się czasami, że przechodził koło zamkniętych na znak żałoby drzwi swojej faworyty.
Zwalniał wtedy kroku, nozdrza rozszerzały mu się jak gdyby chciały schwytać pewien zapach, który go przyprawiał o ból niemal zmysłowy. Odwracał się wtedy gwałtownie i przyspieszał kroku...
Wieczorem, gdy wszyscy pogrążeni już byli we śnie, szedł nad brzeg ponurej studni. W błękitnym świetle zimowych nocy, przybrany w skromny burnus, przechadzał się dookoła studni, w której myślał, że Azaja uśpiona jest na wieki. Czasami krążył tak blisko otworu, że Mahmed, który postępował za nim jak cień, bał się, iż Sidi ma zamiar również rzucić się w bezdenną studnię.

Mahmed słyszał, jak z ust pana jego wydobywały się ciche westchnienia ust tych, które dotychczas
przyzwyczajone były tylko do wydawania rozkazów lub gromienia. Widząc ból Hafida, chciał wierny sługa przystąpić do pana ze słowami:
— Panie, pociesz się, Azaja nie umarła.
Lecz Mahmed bał się przyznać panu swemu, że zna tajemnicę jego serca, przypuszczał zresztą,
że czas zabliźni rany. Pewnego grudniowego poranku, zatrzymała się żebraczka przed bramą ogrodową. Odziana była w łachmany pełne wszelakiego robactwa.
— I wy muzułmanie, którzy należycie do Boga, zlitujcie się nade mną...
Wymawiając te słowa spoglądała poprzez srebrne kraty do wnętrza ogrodu. Nagłe zobaczyła
gospodarza. Szybko poprawiła zasłonę okrywającą twarz i rzekła dziwnie zmienionym głosem:
— O Panie, pomóż mi, a Bóg ochroni twoich drogich zmarłych...
I wyciągnęła do niego małą dłoń.
Sidi Hafid powracał właśnie z swojej codziennej pielgrzymki znad studni, gdzie znowu całą noc
spędził w bólu.
Ostatnie słowa żebraczki ulżyły trochę jego sercu.
— Ugościć ją — rzekł służbie.
W czasie, gdy wracał do swoich apartamentów, żebraczka została wprowadzona do sali dla gości na pierwszym piętrze, gdzie znalazła się między paroma derwiszami oraz przewodnikami karawan.
Sidi Hafid powrócił do siebie.
Od paru dni zmienił się wygląd mieszkania jego. Ze ścian oraz z podłóg zdjęto najmniejsze nawet ozdoby. W jednym rogu znajdowało się narguile gospodarza, a w drugim wszystkie dywany, obrazy poduszki złożone razem.

Po tak ogołoconych komnatach hulał mroźny wiatr. Religia mahometańska nakazuje w czasie
żałoby pozbawiać się wszelkich wygód doczesnych. Sidi Hafid siadł na ziemi, podwinąwszy nogi
pod siebie, naprzeciwko stolika z narguilą. Zmęczony był paroma nieprzespanymi nocami. Ogarniała go senność, którą potęgowała cisza olbrzymich pustych sal oraz odurzający dym fajki.
Po chwili zdrzemnął się...Około godziny trwał w tym półśnie... Nagle poprzez ściany usłyszał lekki szmer. Nadsłuchuje... hałas ustał.
Bez wątpienia był to niewolnik, który przechodził galerią. A może była to tylko halucynacja rozgorączkowanego mózgu...
Zasnął na nowo...
Niebawem hałas znów się rozpoczął. Teraz słyszał szybkie kroki w komnacie na prawo.
— Allah wszechmogący — wykrzyknął — kto śmiał wejść do tego pokoju?
Potem znów nastała cisza...
Lecz raptem po paru minutach jakiś mebel został poruszony... Słychać było szelest zdejmowanych
sukien... I jeszcze nie wierzył, jeszcze nie chciało mu się wstać.
Naraz posłyszał — tym razem zupełnie wyraźnie — charakterystyczny zgrzyt zameczka przy kuferku z kosztownościami, znajdującym się na tualecie.
Jednym skokiem stanął na nogach. Kto miał odwagę dotknąć się jego relikwii? Allah, ileż wspomnień przywodził mu na myśl zgrzyt tego małego zameczka!... Przed tym cennym mebelkiem najdroższa spędziła najlepsze godziny swego życia...
Dobiegł do portiery, zdecydowany okrutnie ukarać śmiałka, kim by nie był, który się odważył
sprofanować sanktuarium zmarłej.
W tym momencie portiera podniosła się. Na progu stała niewiasta, ubrana cała w jedwabie
oraz drogocenne klejnoty.
Sidi Hafid przerażony cofnął się. — Swoimi pięknymi, dużymi oczyma przypatrywała się Azaja panu swemu. Puściła portierę i zbliżała się do niego małymi krokami.
— Azajo... Ty tutaj!... Ty na powierzchni ziemi!...
— Panie, przebacz — wyszeptała. — Jam tyle wycierpiała między lwami, wilkami i jadowitymi
wężami, uczepiona do najwyższych gałązek cedrowych...Wiatr, głód i samotność po twym pięknym haremie... po tym złotym gniazdku... po pieszczotach twych... Panie, jam więcej wycierpiała, niż owej pamiętnej nocy nad studnią bez dna...
W miarę, jak Azaja postępowała naprzód, Sidi Hafid cofał się. Nie wiedział jak ma się w tym wypadku zachować. Serce jego biło szaloną radością! Oto patrzył na kobietę, którą kocha, a o której myślał, że umarła. Czyż on też nie cierpiał? Dumny był z tego, że wróciła do niego, nawrócona, złamana i w końcu uległa.
Jedno go tylko oburzało, że rozkaz jego nie został należycie wykonany.
— Jak to się stało — krzyknął — że Mahmed, ten podły Mahmed pozwolił ci odejść? Więc nie
wrzucił cię do studni, tak jak mu rozkazałem?
Azaja zdążyła tymczasem zauważyć nagie mury komnaty oraz zmianę zaszłą w obliczu Hafida,
ciemne obwódki pod oczami i bladość cery i zrozumiała, iż pozostała panią jego serca, stała się
więc pewniejszą.
— Tak panie, — rzekła. — Przebacz niewolnikowi swemu. — Ja sama jestem winna. Tak długo prosiłam, tak płakałam, aż dobry Mahmed zwrócił mi wolność.
I w miarę, jak mówiła, głos jej stawał się potulnym, a wzrok pieszczotliwym. Sidi Hafid odwrócił głowę, ażeby oprzeć się jej urokowi. Zmarszczył czoło i rzekł groźnym głosem:
— I tyś śmiała stanąć przede mną, znając winę swoją i nieposłusznego niewolnika?
Lecz Azaja była już blisko niego. Całowała jego chude palce. Perfumy, którymi przesiąknięta była jej suknia wraz z zapachem jej młodego ciała, uderzyły w serce Hafida.
Ostatnim wysiłkiem próbował się jeszcze opanować. Całą piersią wchłaniał jednak wonne
powietrze otaczające faworytę.
— Panie, panie, — westchnęła Azaja. — Mahmed nie zabił mnie, gdyż wiedział, że ty mnie
jeszcze kochasz.

Zakończenie.

Koło południa przyszedł Mahmed zawiadomić Sidi Hafida, że polecona przez niego żebraczka
zniknęła.
Azaja  uśmiechnęła się, gdyż Mahmed, stojący na progu ze spuszczonymi oczyma, nie zauważył
Sidi Hafid odpowiedział niewolnikowi flegmatycznym tonem:
— Żebraczka, Mahmedzie? Oto jest...
— Zgubieni jesteśmy! — pomyślał Mahmed, rozpoznając Azaję, siedzącą obok Hafida w
kosztownym kostiumie oblubienicy haremowej.
Widząc jego przestrach, przyszła mu Azaja z pomocą.
— Nie bój się Mahmedzie — rzekła — pan nam przebacza.
Hafid uśmiechnął się.
— Bądź błogosławiony Mahmedzie! — po czym przywoławszy niewolnika do siebie dodał: — Tyś mi zwrócił życie, idź więc do siebie i do swoich, ja.... zwracam ci wolność.

Podczas, gdy niewolnik, upadłszy na ziemię, całował kolana Hafida, Azaja zarzuciła mu oba ramiona na szyję i szepnęła mu całkiem cicho do samego ucha:
— Sidi... przysięgam... już nigdy nie zatańczę pod namiotami w Ellcuali.


                                                            ***

źródła:
-nota biograficzna Mieczysława Dunin Borkowskiego lenczewski.com.pl ,
-opowiadanie z przedwojennego czasopisma "Moja przyjaciółka" 1936 rok, od nr 7 do nr 9,
-zdjęcie dziewczyny ze strony charlottelennon.wordpress.com

poniedziałek, 5 maja 2014

Hasła na talerzach i widelce przykute do wspólnego stołu

Jakoś mi nie idzie ostatnio pisanie. Chyba wiosna mnie rozprasza...

Naprawdę, bardzo chcę pisać, jak najwięcej, ale niestety, czy stety,  ostatnio więcej czytam. Zwłaszcza przedwojenną prasę- ale to już wiecie ;)

Oczywiście "bohaterem" dzisiejszego wpisu również będzie artykuł z lat trzydziestych. Jednak przed nim mały wstęp:

"Wieczernaja Moskwa"- publikacja gazety, jak sama nazwa wskazuje, ma miejsce w godzinach wieczornych. Ukazuje się ona od 1923 roku do dzisiaj (z krótką przerwą) Publikuje się w niej głównie raporty z życia codziennego w Moskwie, opisy zdarzeń i kronik sądowych. W początkowym etapie działalności, gazeta współpracowała także z pisarzami i poetami- byli to, między innymi, Jewgienij Pietrow i  Ilja Ilf.
Strona internetowa gazety: vm.ru

Obydwaj wymienieni powyżej pisarze zaprzyjaźnili się i postanowili stworzyć coś wspólnie. Owocem ich pracy były dwie powieści: "Dwanaście krzeseł" i "Złote cielę", które to doczekały kilkakrotnych ekranizacji. Warto wspomnieć, że reżyserii "Dwunastu krzeseł" podjął się Michał Waszyński i Mac Fric w 1933 roku. Była to polsko-czechosłowacka koprodukcja. Z polskiej ekipy w filmie tym zagrali Adolf Dymsza, Wiktor Biegański i Zula Pogorzelska.

                                                  Film "Dwanaście krzeseł" 1933

Inna ekranizacja powieści "Dwanaście krzeseł" powstała w 1970 roku w reżyserii Mela Brooksa ("Dracula-wampiry bez zębów", "Klan urwisów").
Widziałam obydwie wersje. W tej z 1933 roku akcja filmu toczy się głównie w Polsce, a dokładniej w Warszawie. W tej nowszej rzecz dzieje się (tak jak w książce) w Rosji. Te dwa wymienione przez mnie filmy, nie mają właściwie żadnych cech wspólnych- oczywiście oprócz tych tytułowych dwunastu krzeseł.  I jeden i drugi film jest bardzo zabawny i pełny zwrotów akcji, jednak mi ze względu na klimat i to specyficzne poczucie humoru Brooksa (znane mi wcześniej z "Draculi- wampiry bez zębów") bardziej podobał się film z 1970 roku.

                                          "Dwanaście krzeseł" Mela Brooksa

Ciekawostka: 

W 2012 roku powstał krótkometrażowy (17 minut) film "Envelope" z udziałem Kevina Spaceya. Inspiracją do powstania filmu stały się prawdziwe (podobno) wydarzenia z życia Jewgienija Pietrowa.
Opis filmu:
Jewgienij Pietrow, pisarz i dziennikarz ZSRR ma niezwykłe hobby. Pisze zmyślone listy do swoich wyimaginowanych przyjaciół. Za każdym razem wybiera inną, nieistniejącą nazwę swojego adresata. Koperty wracają ze stemplem "adresat nieznany", po czym Jewgienij dekoruje ścianę, tymi kopertami z kolorowymi, zagranicznymi znaczkami i stemplami. Przez całe życie, zgromadził listy z wielu krajów na całym świecie. Jednak teraz, po raz pierwszy, otrzymuje odpowiedź na list wysłany do Nowej Zelandii od kogoś, kto twierdzi, że go zna. Adresat przesłał także zdjęcie siebie i Jewgienija. Jewgienij i jego żona są zaskoczeni i zdezorientowani. Nie mają żadnych krewnych w Nowej Zelandii i żadne z nich tam nie było. Po kilku dniach ich spokojny dom na wsi, nachodzą ludzie z KGB, którzy uważają go za obcego szpiega. Po zatrzymaniu męża, Tanya, odnajduje w skrzynce kolejny list z odpowiedzią, w którym człowiek z Nowej Zelandii  zapowiada śmierć Jewgienija w katastrofie lotniczej.

                                                 "Envelope" 2012

                                                                ***

No i wreszcie obiecany artykuł z "Nowin Codziennych" :

" Hasła na talerzach i widelce przykute do wspólnego stołu
 
„Wieczernaja Moskwa" zamieszcza charakterystyczny feljeton, opisujący moskiewskie jadalnie, które znacznie różnią się od „restaracyj", przeznaczonych dla publiczności, gdzie można płacić słone ceny za obiady, a do których uczęszczają, przeważnie turyści zagraniczni.
— W restauracji — opowiada felietonista — oddajecie palto portjerowi, usiądziecie do stołu dla czterech osób, okrytego czystym obrusem i od razu podchodzi do was kelner z cennikiem w ręku.
— Proszę?
    W jadalni nikt na was nie zwróci uwagi. Do wszystkiego musicie iść sami. Najpierw musicie iść do zachmurzonego sprzedawcy w drzwiach który milcząco poda wam łyżkę.
— Dziękuję, nie potrzebuję.
— Tylko weźmijcie, inaczej nie wypuszczę was spowrotem...
— To znaczy? Dlaczego nie mielibyście mnie wypuścić?
— Bardzo prosto. U nas kradną łyżki. Dlatego przy wyjściu trzeba je oddawać.

PRZYKUTE ŁYŻKI

     W niektórych jadalniach łyżki przykute są do stołów i umocowane na łańcuszkach. Gdzie indziej nie tylko łyżki, ale i karafki, stare, pyłem pokryte astry w wazonach, a nawet linoleum przyśrubowane są do stołów silnemi śrubami.
Ale to, powiedzmy, są wyjątki. Natomiast we wszystkich jadalniach trzeba stać w ogonkach przed kasą i zapłacić za jedzenie z góry. W restaracji zaś, nie wiem dlaczego, mają do was zaufanie. Tam jesteście człowiekiem honorowym. Tam i oblicze wasze  wygląda o wiele sympatyczniej. Ale zajdziecie do swej własnej jadalni, do jadalni swego przedsiębiorstwa, swej fabryki, a momentalnie nie mają do was zaufania. Pieniądze na stół.

PLAKATY

W restauracji nakrywają stoły, w jadalniach natomiast nakrywają ściany. Aby tylko było jak najwięcej plakatów i afiszów! Aby były hasła i instrukcje! W środku wywieszą jakiś kolorowy afisz przedstawiający skład wewnętrznych organów człowieka. To po to, aby każdy spożywający obiad mógł obserwować, jakiemi drogami idzie kartofel, który w tej chwili wkłada do ust.
To nazywa się higjeniczna praca z bywalcami jadalni.

A co dzieje się na stole? Przede wszystkiem zamiast wygodnych stolików dla czterech osób są tu długie stoły wspólne. Aby był większy natłok, aby wasz sąsiad jeździł swym łokciem po waszym talerzu, aby obsługująca, która z trudem, przedziera się przez tłum, wylała wam na głowę marynarski barszcz.

CZARNA SÓL

— Usługiwanie — myśli sobie dyrektor jadalni publicznej — to coś zbędnego. Dlatego widelce są tępe, łyżki zrobione są z takiego samego materjału, z jakiego wyrabia się puszki do konserw, noże można śmiało dać niemowlęciu, jako zabawkę- wykluczone, by dziecko ucięło sobie palec. W solniczce, przykutej do stołu, leży kilka czarnych minerałów, przypominających raczej węgiel kamienny, a nie sól kuchenną. Octu oczywiście niema, chrzanu również. Musztardy nigdy nie podają.

HASŁA NA TALERZACH

Ciekawa jest rola talerzy, w jadalniach publicznych. W niektórych jadalniach zapatrują się na talerze, nie jako na naczynia, z którego się je, ale jako na środek agitacyjny, propagandowy. Dlatego też nie zależy, czy są odpowiednio czyste, czy zachował się na nich tłuszcz z przedostatniego tygodnia. Chodzi o to, by można było na nich odczytać hasła, wykrzykniki. Krzyczą one wprost do gardła jedzącego obywatela:
— Publiczne spożywanie obiadu — droga do nowego życia.
— Czcij pracę kuchennych pracowników — nic brudź, talerzy!

CO NISZCZYĆ?

Niedawno, w niektórych jadalniach publicznych, pojawiają się talerze, na których w naturalnej wielkości namalowane były szwaby, pluskwy i podobne smakołyki, a pod tem odpowiednie hasło pouczające:
— Szwaby i muchy — wrogowie odżywiania publicznego. Niszczcie je! Tępcie!
Co niszczyć, nie wiadomo: szwaby i muchy, czy te talerze.

Rzecz cała polega na reżymie. W restauracji jest zwyczajem obsługiwać gości, w jadalniach publicznych, zakładowych, fabrycznych, trzeba „pracować higjenicznie z pracownikami kuchni". Nie chodzi o to, aby talerz był czysty, wystarczy, że bywalec jadalni znał głównie zasady higjeny i wiedział, ile pochłania kaloryj. 
                                                                                                                                   St.Ogr."

"Nowiny codzienne" 01.05.1934, nr 118

                                                            ***
Jak się okazuje, to nie Bareja wymyślił łyżki i widelce na łańcuchach  przykute do stołu. Myślałam, że filmy Stanisława Barei to bardzo zabawne parodie ustroju komunistycznego ale, że rzeczy takie nie dzieją się w rzeczywistości- a tu proszę, działo się już od wielu, wielu lat.

Cóż, po przeczytaniu felietonu, przyznam, że wolę restauracje, chociaż i tu nieczęsto bywam. W sumie nie pamiętam kiedy ostatnio. Prawdopodobnie bywałam częściej w poprzednim wcieleniu, gdzieś tak w latach trzydziestych ubiegłego wieku... ;)


źródła zdjęć: horeca.pl , warszawa.gazeta , bialystok.gazeta

piątek, 21 marca 2014

Tadeusz Faszczewski "Kłamstwo"


 Tadeusz Faszczewski
"Kłamstwo"
 Nowela znaleziona w przedwojennym czasopiśmie. Prawdopodobnie nigdzie ani inaczej się zachowała:

Noc przepędziła prawie bezsennie... Rano przy pomocy odźwiernej Andrzejowej spakowała walizy. Express na Wiedeń odchodził o dziesiątej. Z niezłomnym w duszy postanowieniem -oczekiwała.
Dzwonek sucho zadźwięczał. Narzuciła pośpiesznie podróżny kostium. Otworzyła- Rafał wpadł jak huragan, z rozradowaną miną, rozpromieniony:
- Śliczny wieczór! Martuś, idziemy na muzyczkę do „Ritza", tak dawno nie tańczyliśmy tanga... A to co? - zaniepokojonym wzrokiem objął stojące w ordynku walizy. - Podróż? New York, Paryż, Kalkuta? - rzucił wesoło, spostrzegłszy jej ubiór... - Jakże moja panienka lubi się otaczać subtelnym nimbem tajemniczości i... niespodzianki! Ale na dzisiejszy wieczór odłożymy tę eskapadę do egzotycznych krajów - nieprawdaż? - śmiał się szczerze, ujmując jej dłonie.

     Uścisk jego rąk, zrazu miękki, łagodny, stawał się mocny, nieustępliwy... Lekkie, nieuchwytne dreszcze zaczęty przebiegać jej ciało. Skupiła cały wysiłek woli:
-Wyjeżdżam, dzisiaj wieczorem do...
Płomienny pocałunek zgasił na jej ustach niewypowiedziane słowa. I za chwilę znów tulił jej postać w swych, nigdy nie sytych uściskach. Próbowała się bronić, lecz ręce jej ślizgały się tylko po jego twarzy, włosach, - usiłowała krzyknąć, zaprotestować, lecz wargi nie należały już do niej...
-Wyjeżdżasz, wyjeżdżasz Martuś -szeptał w przerwie między jednym pocałunkiem a drugim - a to zalotnica z ciebie, a to żartowniś nieporównany! Ha, ha! - śmiał się dźwięcznie, młodzieńczo. -  Masz zawsze niezrównane pomysły! Co za inwencja! I z jaką poważną minką to wszystko mówimy! No!

   Nie spostrzegła się, jak bezceremonialnie zdjął z niej  zielonkawy płaszczyk i uniósłszy ją, lekko usadowił na kozetce. Robił to zresztą z niezwykłą naturalnością, która kontrastowała tak, w komiczny niemal sposób, z jej projektem. Zegar wskazywał ósmą, widziała to dokładnie że nie mogła ukryć zdradliwie wykwitłego uśmiechu.
    Jednocześnie uczuła, że jednak... jednak coś musi się kryć niewytłumaczonego a niepojętego dla niej w tej dziwnej, jakże dziwnej bierności, z jaką poddawała się niewyszukanym, prostym pieszczotom Rafała. Czyżby go jeszcze kochała? Po raz drugi w ciągu dwóch dni zmusił ją bezwiednie do kapitulacji mimo jej „niezłomnych postanowień"...
-A więc, zostajemy Martuś w Warszawie... Muszę ci  pogratulować... pyszny kawał...
- Jednak wieczorem wyjeżdżam - usiłowała raz jeszcze podjąć przegraną walkę...
   Uczuła jego gorący oddech na skroniach. Raz jeszcze ręce Rafała oplotły jej szyję. I zatraciła się w nich bez ratunku.
Przez otwarte na oścież okna majowa noc zwycięsko wtargnęła do pokoju...

Była jedenasta, kiedy uniósł głowę sponad jedwabnej poduszki. Spojrzał z ukosa na zegar.
- Z ,,Ritza" i tanga niteczki - cieńsze od twoich włosów, Martuś... Ależ z jakim humorom improwizowałaś ten "wyjazd". A może dokończymy, jak tam miało być dalej.
- Wiesz, Raf, to... to nie był żart.
-Więc naprawdę?
- Miałam jechać do... Zwalisk, wiesz... do cioci Ludwiki. Wczoraj... dostałam list...
- Dostałaś list? - powtórzył z niedowierzaniem.
-Tak, Raf... Ale kiedy przyszedłeś... Wiesz, kiedy jesteś ze mną, zdaje mi się, że tylko ciebie kocham. I zostałam...
— Martuś! — rozżarzone usta przypadły do jej małych, wypieszczonych dłoni.

Nazajutrz, o zwykłej godzinie, Rafał kończył pośpiesznie wieczorną toaletę. O ósmej mieli się spotkać w „Adrji". Jeszcze dwadzieścia minut. Spojrzał na zmatowiałe szyby. Za oknami  dudniła niepowstrzymanie wiosenna szaruga. Asfalt ulic lśnił  różnokolorową wstęgą, odbijając blask latarń i neonowych reklam. Pogoda była przygnębiająca. Lecz on nie czuł w sobie ani  odrobiny smutku. Patrzał beztrosko na strumienie deszczu i  pogwizdywał wesoło refren ostatniej „rumby", wybijając z lekka obcasami taneczne „pas".
   Od drzwi doleciał go szmer. Potem ktoś zapukał. Przemoknięty posłaniec złożył na stoliku małą, liliową kopertę.
- Hm, pewnie znów, naturalnie... no... deszcz i fiasco z dancingu -mruczał, niechętnie rozcinając welinowe brzegi listu.
Przebiegł oczami drobne wiersze. Cóż to? Dlaczego ręce drżą mu tak niemiłosiernie...? Czy krople deszczu tłukące o szyby, nadają jego nerwom takt przyśpieszony?

„Raf! Wiem, nie uwierzysz tym słowom, wiem, że mnie nigdy nie zrozumiesz i nie przebaczysz - jednak piszę. 
    Wczoraj powiedziałam, że Cię kocham - i mówiłam prawdę. Kiedy przychodziłeś ze swoim dobrym uśmiechem, z radością życia - byłeś mi drogi, kochałam Ciebie. Lecz kiedy odchodziłeś 
zabierałeś z sobą to uczucie - inaczej określić Ci tego nic umiem.
    I wtedy - nieukojona tęsknota za tamtym, którego nie znasz, uderzała w moją pierś. Dalekie wołanie tamtego przerywało sen moich nocy. To była męka - niepojęte rozdwojenie uczuć- chociaż powiesz, że to paradoks. 
  Lecz wczoraj, kiedy odszedłeś unosząc na ustach ślady mych pocałunków, wśród  nocy spędzonej bez zmrużenia powiek, - zrozumiałam z jasnością, równą objawieniu - że tamtego kocham jednak bardziej.  
    Dlaczego - zapytasz... Pozwól, że Ci nie odpowiem. 
Proszę tylko, daruj mi moje małe kłamstwo - wszak wczoraj Cię kochałam — wyjeżdżam nie do Zwalisk, lecz o wiele, wiele dalej — na południe. 
                                                                                                                   Marta".

źródło:"Nowiny codzienne" 21.03.1934, nr 79

                                                          ***

Tadeusz Prus-Faszczewski - urodzony w 1905 roku. Archeolog, pisarz i poeta. W latach 1937-1938 prowadził prace archeologiczne na terenie Kaplicy Moskiewskiej w Warszawie. Zginął w egzekucji na Pawiaku w 1943 roku. Spod jego pióra wyszły między innymi takie dzieła historyczne jak :
"Caryca Maryna" dwutomowy epos historyczny
"Kleopatra"
"Lukrecja Borgia: demon o twarzy anioła: najpiękniejsza kobieta epoki Renesansu"

Pisarza, ewidentnie interesowały niepokorne i piękne kobiety u władzy. Wszystkie trzy tytułowe bohaterki, umarły młodo i w smutnych okolicznościach. Zarówno życie owych kobiet  jak i śmierć budzi po dziś dzień zainteresowanie- przypuszczam, że zwłaszcza Kleopatry, bo ona prawdopodobnie jest najbardziej, z tych trzech wymienionych, znaną ogólnie w społeczeństwie.

Niestety, wymienione wyżej dzieła są trudne do zdobycia, jeśli wręcz jest to niemożliwe. Wydania prawdopodobnie tylko przedwojenne i niewznawiane. O autorze też za dużo informacji nie ma -o zdjęciu nie wspomnę- poza praktycznie jednym i tym samym zdaniem powielanym na kilku stronach...

Skarbczyk, mający być Kaplicą Moskiewską
Wspomniana Kaplica Moskiewska na terenie, której prowadzono prace archeologiczne już od dawna nie istnieje. Jednokondygnacyjny  skarbczyk  (dzisiejsza ulica Świętokrzyska) był według niektórych opracowań identyfikowany jako pozostałość Kaplicy Moskiewskiej. Budowlę tę, umiejscawiał w tym miejscu  właśnie Tadeusz Prus-Faszczewski. Kaplica ta była przewidziana do rekonstrukcji według projektu Mariana Lalewicza w 1939 roku, zaś po 1945 do odbudowy, jednak została w 1954 roku zburzona...

Tadeusza Faszczewskiego już nie ma. Kaplicy Moskiewskiej, która kiedyś znajdowała się w Warszawie, też od dawna nie ma. Historycznych opracowań jego autorstwa o życiu  sławnych kobiet  i innych, też nie ma. A co w takim jest? Co nam zostaje?
Jak zwykle: Szukać, odnajdywać, mówić, pisać i pamiętać....


Kleopatra, Caryca Maryna i Lukrecja Borgia



poniedziałek, 3 marca 2014

Jak cierpiały nasze babki, aby być modną



"Wysportowana i wygimnastykowana współczesna pani, o giętkiej smukłej figurce, nie może sobie po prostu wyobrazić, jak mogła jej babka chodzić na co dzień w ciasnym, naszpikowanym fiszbinami gorsecie.Być wciętą, „jak osa" — to było szczytem marzeń każdej modnej damy.

W ówczesnych czasach ciasno związana sylwetka w kształcie litery X, była dla społeczeństwa piękna. Bo przecież pojęcie pięknej sylwetki ma szeroką rozpiętość i zmienia się w zależności od epoki i cywilizacji- inne były wymagania starożytności, inne średniowiecza czy renesansu.

Ciasny pancerz - gorset wprowadziła moda z 1885 roku. Dla podkreślenia wciętej talii starano się uwypuklić biust, by był możliwie jak najbardziej wypięty. Z tyłu zaś umieszczane były turniury. Gorset stanowił twardy pancerz, ściskający talię, niczym żelazna obręcz a jednocześnie miał za zadanie tworzyć bombiastą wypukłość zaraz pod plecami. Na poziomie żołądka zaś wrzynał się w ciało tworząc zagłębienie. Gorset ten znośny dla osób szczupłych stawał się tyranią dla kobiet pulchnych.

Jakie spustoszenie wywołało to narzędzie tortur w ustroju kobiecym, mówią nam kroniki lekarskie, które walczyły zapamiętale z modą, w imię zapobiegania chorobom jelit, jak opuszczanie żołądka lub jelit, rozszerzenie wątroby, wędrująca nerka itp. Zaburzenia chorobowe, powstałe na skutek nienormalnego ucisku wnętrzności, zwróciły uwagę lekarzy, wskutek czego gorset uległ stopniowo pewnej modyfikacji: przede wszystkim skasowano najbardziej dokuczliwe brykle przednie, gorset już nie wypaczał tak figury, stosując się do jej właściwych rozmiarów.

Ewolucja gorsetu postępowała stosunkowo szybko. Już w roku 1904 pojawił się gorset o prostych przednich bryklach, nadający sylwetce linię prostą, niepodobną już do litery X, lecz raczej przypominającą literę Z (w karykaturalnym podkreśleniu), wskutek uwypuklenia biustu i części
tylnych.

  Z początkiem wojny, wraz z rewolucją w wielu innych dziedzinach, rozpoczęła się kampania przeciw fiszbinom. Pierwsze zaprotestowały pielęgniarki i sanitariuszki, zmuszone do wielogodzinnej pracy i przez to tak dotkliwie odczuwające ucisk gorsetu. One pierwsze wprowadziły pasy nabrzuszne z płótna lub batystu. W latach trzydziestych pasy te robione były z jedwabnej gumy lub z plecionki jedwabnej dopasowane dokładnie, nie uciskały narządów wewnętrznych, ani nie zniekształcały sylwetki.

Trzeba cierpieć, aby być piękną — tę maksymę zdaje się, że w całej rozciągłości wyznawały nasze babki w gorsetach. Należy im się gorące współczucie za te katusze, na jakie je narażała wszechwładna i nieubłagana pani moda.

Chociaż... czyż trwający kilka godzin zabieg wiecznej ondulacji, odchudzanie się, bolesne wyrywanie brwi, co stosuje obecnie wiele pań, czyż nie są cierpieniami złożonymi na ołtarzu dzisiejszej mody?"

                                                        .......................................



Chyba niewiele się zmieniło od lat trzydziestych, co? Wydaje nam się tylko, że nastąpiły kolosalne zmiany. Jednak w dalszym ciągu, poprzez naturalne pragnienie podobania się sobie samej, czy innym, kobiety narażają się na różnego typu cierpienia. Wyszczególniłam grubszym tekstem te fragmenty artykułu z gazety z lat trzydziestych, które i dzisiaj wiele kobiet spokojnie mogłoby wypowiedzieć.

   W takim razie, co daje nam ta ciągła walka o lepsze jutro, o dobre zmiany w życiu? Zmiany, które tak motywują do dalszego działania czy do nowych pomysłów. Co daje nam walka o kobiecość, o swoją wartość i godność? Tak naprawdę daje tylko złudne poczucie, że mamy na coś wpływ, że postawiłyśmy na swoim. Wyzwoliłyśmy się z gorsetów, ale z pogoni za modą czy idealną sylwetką - idealną według opinii ogółu, czy nas samych- niestety nie.

  Co jakiś czas, w miarę tak zwanego postępu i mody zmieniamy "gorsety", czasem je ściągamy, ale cały czas są gdzieś przy nas blisko...


źródło tekstu: "Moja przyjaciółka" nr 3, 11.02.1034 artykuł "Jak cierpiały nasze babki aby być modną" (nieznacznie oryginalny tekst zmodyfikowałam), zdjęcia z internetu

LinkWithin