sobota, 9 kwietnia 2016

Cóż to za nonsens, cóż to za głupota...

"A gdy kobieta nie chce, nie może rodzić, gdy wzdryga się na myśl urodzenia dziecka niepożądanego, którego zajście nastąpiło pomimo jej woli i chęci, którego przyjście na świat może jak najtragiczniej zadecydować o całej przyszłości matki - to tej kobiecie przestarzałe, nieżyciowe, ciasne męskie prawodawstwo naszego nowego prawa karnego - każe takiej kobiecie rodzić, żąda od niej przymusowego macierzyństwa, woła kodeks nieludzkim głosem: kobieto musisz rodzić!" -  Justyna Budzińska-Tylicka.

"Pomimo że postępy medycyny i eugeniki (nauki o hodowli zdrowego potomstwa, i o utrzymaniu i  rozwoju, zdrowego, silnego, zahartowanego człowieka) znaczne robią postępy wśród wszystkich kulturalnych narodów, to niestety, wyniki tego postępu nie dotarły, i nawet w małej cząstce nie dochodzą do Polski. W państwie polskim dziś, jak za  dawnych przedwojennych, niewolniczych czasów, obecnie po 17 latach wyzwolenia politycznego- sprawa zmiany prawa małżeńskiego pozostaje nadal nienaruszona, a więc, przy zawiązywaniu rodziny nikogo nic nie obchodzi, czy zdrowi, czy chorzy ludzie łączą się ze sobą.

 Żenią się  nałogowi pijacy, choć nauka i życie  stanowczo stwierdza, że potomstwo alkoholików jest przeważnie dziedzicznie obarczone chorobami nerwowymi, a nawet umysłowymi, takimi jak: idiotyzm, epilepsja, tępota umysłowa, skłonności do zbrodni i tym podobne.

Żenią się wenerycznie chorzy, których krew jest przesiąknięta jadem syfilitycznym- a ich potomstwo jest nieszczęśliwe, niedorozwinięte fizycznie, organizm słaby, narażony na różne choroby, a nawet kalectwa. Żenią się chorzy na suchoty, którzy przekazują dziedzicznie wątłość  organizmu i zadatki tej długiej  strasznej choroby, tym bardziej jeżeli  matka jest gruźliczką. Żenią się z sobą i bliscy krewni, bo trudności zawierania związku małżeńskiego opłaca się przekupstwem władz kościelnych.

"Świadome macierzyństwo", J. Budzińska-Tylicka, 1935 r.
Bo ta ważna sprawa społeczno-zdrowotna, ta bardzo ważna sprawa  moralna, jakim jest prawo  małżeńskie, do dziś jest sprawą wyznania religijnego! Rozstrzyga ją nie prawo państwowe- tylko ksiądz katolicki, pastor ewangelicki, rabin żydowski czy pop prawosławny. Cóż to za nonsens, cóż to za głupota!
Wszystkich można omamić, obejść, a w pierwszym rzędzie przekupić!

Na przykład jeżeli idzie o rozwód małżeństwa. Ale jeszcze do tej sprawy prawa małżeńskiego w Polsce oddzielnie powrócę i wyjaśnię dlaczego nasze rządy państwowe nie chcą, czy boją się zatwierdzić projekt prawa małżeńskiego, który jest przygotowany przez specjalną prawną komisję, nazwaną komisją kodyfikacyjną. Projekt ten jest dobry, a nawet w wielu punktach bardzo dobry, a leży od maja 1929 roku w Ministerstwie Sprawiedliwości "pod zielonym suknem", bo biskupi katoliccy nie chcą się zgodzić na niego...

Niech więc dalej się rodzą zgniłe dzieci, suchotnicze  dzieci, matołki i epileptycy. Niech w dalszym ciągu będą zabronione rozwody małżeństw, które się biją, zabijają, zdradzają, siejąc wokół i wśród swych dzieci zarazę moralną. Niech dalej w Polsce niepodległej i  zjednoczonej rządzi się kler, aż pięcioma prawami małżeńskimi, zależnie od tego, gdzie mieszka, w którejś z  dzielnic zaborczych czy na kresach. To jest takie smutne, złe i głupie!

Wracając do higieny małżeństwa, czyli raczej do wskazań zdrowotnych przy zawieraniu małżeństw, chcę zawiadomić czytelniczki nasze, że jest w przygotowaniu projekt tak zwanej polskiej ustawy eugenicznej, której celem jest kontrola nad stanem zdrowia ludzi wstępujących w związki małżeńskie, ażeby zapobiec rodzeniu się dzieci zwyrodniałych.

Obecny stan nauk medycznych i przyrodniczych dobitnie stwierdza, że tak jak złe, zepsute, stare nasienie rośliny nie wydaje dobrego, silnego plonu, to takie samo zjawisko istnieje wśród zwierząt i ludzi. Hodowla roślin, warzyw, kwiatów jest i w Polsce bardzo dobrze znana i stosowana. To samo trzeba powiedzieć o hodowli zwierząt domowych: koni, bydła a nawet psów. Tylko biedne dzieci  nasze są pozostawione na pastwę przesądów, nieuctwa i przekupstwa odpowiednich czynników. Trzeba  nareszcie z tym skończyć!

W Ameryce jeszcze przed wojną nie wolno było żenić się chorym umysłowo, ale teraz nauka idzie w tym kierunku, że zamiast zabraniać się żenić, co nie przeszkadzało mieć dzieci pobocznie, lepiej jest  pozbawiać płodności szkodliwe jednostki do rozradzania się, co się nazywa sterylizacją, czyli wyjałowieniem człowieka. U mężczyzn jest ten zabieg chirurgiczny łatwy, u kobiet znacznie trudniejszy. W tej sprawie najwięcej skorzystał wszechwładny  dyktator Niemiec, Hitler-  rozkazał sterylizować mężczyzn nie tylko niebezpiecznych dla potomstwa, ale z innych względów nawet politycznych. Tak, że dotąd w Niemczech już dokonano dziesiątki tysięcy takich operacji.

Projekt polskiej ustawy eugenicznej domaga się sterylizacji tylko tych ludzi, którzy niewątpliwie są szkodliwi dla rozradzania się i tam gdzie zachodzi konieczność. Również są w tej ustawie przewidziane obowiązkowe przedślubne świadectwa zdrowia i inne poważne wskazania. Jednak nie wiadomo jeszcze przez jakie sito wyznaniowe, religijne ta ustawa przejdzie i jak długo wraz z  projektem prawa małżeńskiego, będzie leżała "pod zielonym suknem" naszych ministerstw."

                                                                          Dr. Justyna Budzińska-Tylicka

                                                          >>>>>>>>>>>>>>>


Justyna Budzińska-Tylicka- działaczka feministyczna, socjalistyczna i społeczna, polityk, lekarka. Dyplom lekarski uzyskała w 1898 roku. Na początku specjalizowała się w chorobach układu oddechowego, później zajęła się ginekologią. Swoją pracę zawodową łączyła z działalnością społeczną na rzecz prawnej i medycznej ochrony macierzyństwa, kontroli urodzin, zwalczania alkoholizmu i biedy.

Justyna Budzińska-Tylicka była pionierką w dziedzinie propagowania higieny i zdrowia kobiecego.

W 1931 roku założyła i prowadziła w Warszawie pierwszą w Polsce klinikę świadomego macierzyństwa. Szpital ten utrzymywał liczne kontakty międzynarodowe z postępowymi i feministycznymi środowiskami lekarskimi.
Była autorką m.in. prac: Higiena kobiety i kwestie społeczne z nią związane (Warszawa, 1909) i Świadome macierzyństwo (Warszawa, 1935).
Działała w założonej przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Irenę Krzywicką Poradni Świadomego Macierzyństwa.

Aktywnie sprzeciwiała się rządom sanacji. W 1931 roku została aresztowana przez władze sanacyjne i skazana na rok więzienia, ale wyrok zmieniono w wyniku apelacji. W 1935 domagała się uwolnienia więźniów politycznych i zamknięcia obozu w Berezie Kartuskiej. Pozostała aktywistką PPS do śmierci. Zmarła nagle, 8 kwietnia 1936 roku. Jej pogrzeb stał się manifestacją PPS.

Spoczywa wraz ze swoim synem na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.





źródła:
 -artykuł Justyny Budzińskiej-Tylickiej : "Głos kobiet" 05.02.1936, nr 4
-zdjęcie matki z dziecmi : "Głos kobiet" 05.01.1936, nr 2
-wikipedia

niedziela, 3 stycznia 2016

"Artyści w okupowanej Polsce" Remigiusz Piotrowski

Gdyby 1 września nie spadły z nieba bomby...*
  Takie z pozoru zwyczajne i krótkie pytanie, a jakże swoją wymową sprawia ból i żal i jak bardzo uruchamia wyobraźnię. Co by było gdyby... Ileż to razy w swoim życiu, gdy popełniamy błędy, cofamy się w czasie i układamy w głowie ponownie daną sytuację czy zdarzenie z nowym, lepszym scenariuszem. Niestety, tego co minęło nie da się cofnąć, nic nie możemy już naprawić, chociażby potrzeba zmiany przeszłości rozrywała nas od środka właśnie... jak bomba.

Zamiast wiszącego w powietrzu pyłu i wapna unosiłaby się się słodka woń kawy i obłoki tytoniowego dymu. Uwielbiam zapach kawy. Kojarzy mi się z domem, poczuciem bezpieczeństwa, może wymarzonym kominkiem z trzaskającymi w ogniu polanami i oczywiście dobrą książką. Nie można zmienić przeszłości, ale czy można zmienić swój sposób myślenia, przewartościowując swoje życie, ze względu na to co wydarzyło się w przeszłości?  Można. Czy mogą na tą naszą wewnętrzną przemianę wpłynąć wojenne przeżycia bardziej lub mniej znanych osobistości ze świata kultury, których losy przybliża nam lektura Remigiusza Piotrowskiego "Artyści w okupowanej Polsce" ? Myślę, że tak. Czy zawarte w niej historie o przedwojennych artystach o różnorodnych sposobach na życie i ceniących różne wartości, okażą się na tyle interesujące, by usiąść z nimi przy kominku? Z pewnością. Zwłaszcza dla każdego pasjonata -takiego jak ja- lubiącego zanurzać się w przeszłości, po to by odkrywać tych zapomnianych, a których moim zdaniem warto i trzeba pamiętać. Czas  okupacji i walki o wolność, o życie jest na pewno specyficznym czasem, nie podobnym do niczego o czym wcześniej każdy z nich marzył i w co wierzył.

Niemieckie zbrodnie są na porządku dziennym. Przypominają o nich zainstalowane w różnych częściach okupowanych miast szczekaczki i rozlepiane na słupach ogłoszeniowych listy zakładników. Trwają łapanki, w czasie których ulice i tramwaje pustoszeją. "Są tacy sami jak ja, gdy idę ulicą, nic ich inaczej nie kwalifikuje, nic ich nie wyróżnia. Jest przypadkiem, że nie są mną, że nie są każdym z tych, którzy ocaleli"- zapisze w dzienniku Zofia Nałkowska. Do organizowanych przez okupanta obław, w które wpadają także polscy artyści, dochodzi oczywiście nie tylko w Warszawie, tutaj jednak żyje najwięcej aktorów, literatów i muzyków. Nad każdym z nich przez cały okres wojny będzie krążyć posępny cień kripo i gestapo. Proszę zatem, by podczas czytania tej ważnej dla historii polskiej kultury, książki, wstrzymać się od ostrej krytyki i wiecznego potępienia tych, którymi często zwyczajny strach o bliskich, o siebie powodował, że błądzili. Nie bądźmy powojennymi fryzjerami.

  Uważam, że naprawdę mnóstwo pracy i zaangażowania trzeba było wykonać, by i tych bardziej i mniej znanych lub co gorsza całkowicie zapomnianych -w jednym miejscu, w jednej książce- niejako przywrócić do życia. Chociażby w naszej pamięci, a to już bardzo dużo. Brawa dla autora. Podziwiam i gratuluję. Przez strony książki przewija się bardzo wiele nazwisk artystów. Cieszyłam się jeśli znałam chociażby zarys życiorysu któregoś, ponieważ niestety nie wszystkie nazwiska wcześniej słyszałam. Jak sam tytuł wskazuje losy gwiazd opisanych w książce, to czas okupacji. A więc akcja rozpoczyna się od napadu na Polskę i kończy na Powstaniu Warszawskim. Podczas czytania dowiemy się kto jest zdrajcą, kto pozostaje wierny swoim ideałom bez względu na koszty, które w każdym przypadku groziły aresztowaniem, torturowaniem, więzieniem, głodem, brudem i co w wielu przypadkach, śmiercią. W czasie okupacji, nierzadko musieli podejmować decyzje nie do końca zgodne ze swoim sumieniem, po to by po prostu przeżyć.

 Wydaje mi się również, że autor książki jest bardzo odważnym człowiekiem. Przecież nie jest to temat, który jest popularyzowany w mediach i podawany w przystępnej dla przeciętnego widza czy słuchacza formie. Więc, nigdy nie wiadomo ilu czytelników sięgnie po książkę, zwyczajnie z obawy, że nie poradzi sobie z tematem. Wielka szkoda, naprawdę, żal serce mi ściska, że nie zobaczymy biograficznego filmu na dużym ekranie, o żadnym z opisywanych w książce artystów. A dlaczego tak myślę? To, że wcześniej była cisza, to rozumiem, taki mieliśmy ustrój polityczny. Ale ileż to już lat minęło od zakończenia wojny i okupacji hitlerowskiej, ile od upadku żelaznej kurtyny i okupacji ZSRR? I co? I wciąż cisza. Oprócz Eugeniusza Bodo, który doczekał się chociaż serialu (premiera na wiosnę), nikt inny, na poważnie nie zainteresował żadnego, zdolnego scenarzysty i reżysera. A wielu artystów naprawdę zasługuje na to, by o nich pamiętać. I by ich dzieje usłyszała cała Polska. Nie tylko pasjonaci i hobbiści.

Jan Brzechwa, kto nie zna Jana Brzechwy? Przypuszczam, że każde dziecko (z mojego pokolenia na pewno :)  i "Akademię pana Kleksa" również. A jakim był człowiekiem? Otóż, oprócz pracy miał on jeszcze jedną pasję- miłość. Wiecznie był w kimś zakochany. Więc na przykład Brzechwie -Żydowi z pochodzenia- sen z powiek spędza nie kripo, SS czy los getta. Jego tragedia to nieszczęśliwa miłość. Czy owa miłość doczeka się spełnienia i kto nią jest? Zaintrygowani? Mam nadzieję, że tak, bo ja bym była.
Inny, ważny dla polskiej kultury artysta, to Stefan Jaracz- naprawdę ogromnie utalentowany. Stworzył niezapomniane kreacje teatralne i filmowe. Jednak przede wszystkim był aktorem teatralnym i  kochał to co robił. Jak dowiedziałam się z książki, jednymi z jego ostatnich występów, były przedstawienia w stworzonym przez niego teatrze w ... Auschwitz. A jednak i tutaj, w tym zdawałoby się kompletnie zapomnianym przez Boga kawałku ziemi przeklętej, aktor spróbuje nadać życiu jakiś sens.
Nina Veidt
Jedną z zapomnianych jest Nina Veidt. Utalentowana i piękna aktorka teatralna. Podobno działała w ruchu oporu i angażowała się w pracę dla wywiadu alianckiego. Aresztowana w Warszawie, przewieziona do Berlina i ścięta toporem katowskim. Kilka zaledwie zdań o niej w książce niezmiernie mnie zaintrygowało i bardzo chciałabym się doczekać rozwinięcia jej historii. Czy jest na to choćby cień szansy? Pewnie nie. Podobnych, zapomnianych przez historię cichych bohaterów, jest w tamtym czasie wielu.  Więcej ciekawych historii osobowości świata kultury, oczywiście w książce.

Czy nadal zadajecie sobie pytanie czy warto sięgnąć po książkę? Jeśli tak, to napiszę w ten sposób: by ich teatr i śpiew wciąż trwał, nie można, po prostu zwyczajnie nie można pozwolić, by zapomniano o nich. Więc pomimo zranionych serc, okaleczenia psychicznego czy fizycznego, bez wiary w przyszłość- uważnie patrzmy i słuchajmy. Po prostu bądźmy widzami, takimi jak Powstańcy. Czy można przerwać koncert, gdy ma się przed sobą taką publiczność? Nierzadko są to obandażowane od stóp do głów ludzkie kukły, które nie są nawet w stanie podziękować  Zimińskiej brawami, a jednak ich stłumione okrzyki to dla artystki najpiękniejsze owacje. Pamiętajmy. Oni wciąż dla nas grają i śpiewają.

Życzę wszystkim Polakom, by nigdy nie musieli bać się o życie swoje i swoich bliskich. Być Polakiem nie jest to tak wielka rzecz, jak nam się wydaje. Ale przestać nim być, znaczyłoby przestać być człowiekiem. Ferdynand Goetel. I byśmy nigdy nie usłyszeli od okupanta, tak jak Mieczysław Fogg, po zaśpiewaniu piosenki "Ukochana ja wrócę", że Polski już nigdy nie będzie! Czyż są gorsze słowa dla prawdziwego Polaka, dla Polski, która nie tak dawno odzyskała niepodległość, by znów ją utracić?  Uczcijmy chwilą ciszy pamieć ofiar okupacji- niesłusznie skazanych, pomordowanych i zamęczonych artystów, których ostatnie sceny życia były strasznym dramatem. Nie ma braw, są tylko spływające po policzkach łzy.


             Serdecznie dziękuję wydawnictwu PWN za egzemplarz recenzencki                    

* Teksty pogrubione to cytaty z książki "Artyści w okupowanej Polsce" Remigiusza Piotrowskiego.
Tekst powstał na podstawie w/w książki.

czwartek, 19 listopada 2015

Gdy mieliśmy zaledwie 50 groszy...




GRETA GARBO

"Było to w Berlinie. "Friedrichstrasse" nazywała się wówczas, według tytułu filmu, który szybko stał się popularny: "smutną ulicą". Panował tam wielki ruch, a i bardzo wiele nędzy. Młodzi aktorzy siedzieli po osiem godzin dziennie w małych cukierniach, przy "pół czarnej" i ze strachem myśleli o chwili zamknięcia lokalu- względnie o pojawieniu się jakiegoś mecenasa z bajki.
Mnie osobiście nie powodziło się nigdy tak zupełnie źle. Na dwa jajka w szklance i chleb z masłem prawie zawsze było mnie stać, chociaż często bywało to jedynym pożywieniem dnia. Był jednak taki dzień, którego nie zapomnę. Przeżyłam najprzykrzejszą chyba godzinę w życiu. Zbliżała się chwila zamknięcia lokalu, a ja siedziałam z moim niezapłaconym rachunkiem. Tego dnia byłam szczególnie lekkomyślna: dwa jajka w szklance, chleb z masłem i ciastko na dodatek. Pan płatniczy zataczał coraz szersze kręgi dookoła jedynego zajętego stolika. Jasne było, że chciał bym już wyszła. Nie mogłam jednak zawołać z gestem: "Proszę płacić" z tego prostego powodu, że nie miałam przy sobie potrzebnych pięćdziesięciu fenigów. Nie miałam ich także, nawiasem mówiąc w drugiej torebce, którą zostawiłam w domu, nie miałam ich również w domu, ani w banku na moim koncie. Dwadzieścia fenigów były całym i jedynym majątkiem jaki tego dnia posiadałam. A tego kapitału nie mogłam w żadnym wypadku naruszyć. Przeznaczony był na kolejkę podziemną, którą musiałam dotrzeć do domu.  
Trudno opisać niesłychanie przykre uczucie, jakiego doznawałam w tej sytuacji. Teraz jeszcze po latach zrywam się czasami ze snu i widzę twarz zaspanego i skrzywionego kelnera berlińskiego. Nazywał się Emil- pamiętam to doskonale. Jest to jedyne imię męskie, które sobie z tych czasów zapamiętałam. 

Nie, to byłoby nieścisłe. Jeszcze jedno zachowuję w pamięci. Imię Mauritz. W tej chwili rozpaczy wszedł do cukierni spóźniony gość. Reżyser szwedzki Mauritz Stiller, niezapomniany. Chciał wypić przed spaniem kieliszek koniaku. Ziomek, zbawczy anioł. W przeciągu minuty zostałam uratowaną przed kelnerem Emilem, w dwie minuty potem otrzymałam pierwszą większą rolę w filmie."

Mauritz Stiller był pionierem szwedzkiego przemysłu filmowego, scenarzystą i reżyserem wielu filmów krótkometrażowych z 1912 roku. Gdy wytwórnia MGM zaprosiła go do Hollywood jako reżysera, Stiller zawitał do wielkiego świata ze swoim nowym, cudownym odkryciem Gretą Gustafsson, którą powszechnie dziś znamy jako Gretę Garbo. 

Sama zainteresowana, od początków swojej kariery, unikała oficjalnych spotkań, ponieważ wolała spędzać czas samotnie lub z najbliższymi przyjaciółmi. Raczej nie rozdawała autografów i  rzadko udzielała wywiadów. Jej niechęć do reklamy i prasy była niewątpliwie prawdziwa. W wywiadzie udzielonym w 1928 roku, wyjaśniła, że jej pragnienie prywatności rozpoczęło się już, gdy była dzieckiem- mówiła, że odkąd pamięta, zawsze chciała być sama. Nie znosiła tłumów, z tego też powodu nie ona pojawiała się na ceremonii rozdawania Oscarów, nawet gdy była nominowana. Dlatego też w wymienionych przypadkach jak i w wielu innych, posługiwała się dublerką. 
Więcej na ten temat we wpisie: Sobowtór Grety Garbo

___________________________________________________________________


CHARLIE CHAPLIN

"To historia mego wielkiego niepowodzenia. Chcecie posłuchać?
Jestem dzieckiem teatru, to znaczy, że już od najwcześniejszej młodości, gdyż od piątego roku życia, byłem na deskach teatralnych. Mój ojciec był komikiem na angielskich scenach muzycznych, a matka śpiewaczką. Ponieważ, zdaniem moich rodziców brakło mi zarówno warunków głosowych jak i teatralnych, miałem być kształcony na tancerza. Miałem bardzo średnie powodzenie. Starczało zaledwie na drugorzędne kabarety angielskie. Lepiej już było w Ameryce. Przeniosłem się więc do Stanów Zjednoczonych i zrobiłem sobie jaką taką reklamę między Oklahoma a Massachusetts. Moim marzeniem był występ w Filadelfii- niestety marzenie to zostało spełnione.
Pewnego dnia zostałem zaangażowany do teatru rewiowego w Filadelfii. Trudno wyrazić z jakim biciem serca oczekiwałem premiery. Był to zdaje się jedyny wieczór w moim życiu, w którym odczuwałem tremę. To też i mój numer wyglądał fatalnie. Publiczność bawiła się świetnie, ale niestety, w tych momentach, w których taniec miał oddziaływać lirycznie. Nic dziwnego, że w środku skomplikowanego pirueta, poślizgnąłem się i wywaliłem jak długi.

Wycia i ryki na widowni wzmogły się do napięcia orkanu. Pozbierałem porozbijane członki i wyniosłem się ze sceny. Był to pierwszy chwiejny chód, którym zarobiłem parę milionów. Mój dyrektor oświadczył mi, że nie jestem wart nawet pięciu groszy, a ponieważ usiłowałem przeczyć, chwycił mnie najosobiściej za kołnierz i najwłasnoręczniej zrzucił mnie ze schodów.
Sterczałem więc na ulicy, zagubiony w milionowej Filadelfii, wyrzucony tancerz kabaretowy, a co najprzykrzejsze bez grosza w kieszeni.
Pewien litościwy pan zajął się mną i powiedział szereg przyjemnych słów: "Czy chciałby pan zarabiać sto dolarów tygodniowo? Czy potrafi pan zabawnie kołysać się na nogach, jak w chwili kiedy opuszczał pan scenę?"
Pan ten był menedżerem trupy Keystona, nowego towarzystwa filmowego. Patrzył on na moją klęskę i w przekonaniu, że z tego nieszczęścia ludzkiego da się osiągnąć pokaźny kapitał komizmu,  zaproponował mi występy w filmie. Z tego żyję teraz przez ostatnich dwadzieścia lat."   

Swój pierwszy kontrakt filmowy Charlie Chaplin podpisał we wrześniu 1913 roku, w Los Angeles, właśnie z wytwórnią Keystone. Zadebiutował na ekranie w filmie „Zarabiać na życie”. W filmie „Włóczęga” z 1915 roku po raz pierwszy pojawił się w swoim najbardziej znanym wcieleniu- w przyciasnym kostiumie, meloniku i z laseczką.

"Chciałem, żeby wszystko było sprzecznością: workowate spodnie, ciasny płaszcz, mały kapelusz i duże buty ... i dodatkowo mały wąsik, który uzasadniałem tym, by dodać mi parę lat, bez zasłaniania twarzy. Nie miałem pojęcia o charakterze postaci. Ale w chwili, gdy byłem ubrany w ten kostium, z makijażem czułem się osobą którą byłem. Zacząłem ją powoli poznawać, a zanim wszedłem na scenę byłem nią jakbym się nią urodził. " 
Charlie Chaplin

_____________________________________________________________________________



POLA NEGRI

"Nie wstydzę się wyznać, że działo się to dwadzieścia lat temu. Bądźmy jednak dokładni, działo się to dwadzieścia jeden lat temu. 1 października 1913 roku rozpoczęłam moją karierę artystyczną. Był to mój pierwszy występ sceniczny w utworze Gerharta Hauptmanna pt.: "Wniebowzięcie Haneczki" w Teatrze Małym w Warszawie. Czy możecie sobie państwo wyobrazić, co to znaczy dla młodej dziewczyny po raz pierwszy stanąć na scenie? Tego nie pojmie nikt, ani publiczność, ani koledzy, ani krytyka. To zrozumie tylko matka. 
Jednakże moja matka przebywała wówczas w małym prowincjonalnym mieście, odległym od Warszawy o cztery godziny jazdy koleją. Cztery godziny jazdy koleją w trzeciej klasie stanowiło koszt i sumę nieosiągalną dla debiutantki scenicznej. Dla mojej matki, która była wdową po zabitym w rewolucji w roku 1905 arystokracie, była to również suma przekraczająca jej możliwości. Ponieważ pragnęłam gorąco, by matka była na przedstawieniu, poszłam dosłownie żebrać między kolegów. Młodzi ludzie pracujący wówczas w teatrze nie posiadali również wiele pieniędzy. Udało mi się w końcu uzyskać potrzebną sumę, którą zdołałam posłać matce, tak, że mogła w ostatniej chwili wsiąść do pociągu, który przywiózł ją na premierę.
Siedmiu kolegów złożyło się wówczas na tę podróż i nazwisk ich nigdy nie zapomnę. Dniem największej radości i dumy w moim życiu był ten, gdy mogłam każdemu z nich przesłać czek na tysiąc dolarów z Hollywood.
Tyle podaje Pola Negri o swoim debiucie, w jednym z pism zagranicznych. Można do tego dodać, że matka artystki, jak ongi, tak i później cieszyła się wielką miłością córki, która otacza ją największą tkliwością."

Dom Gerharta Hauptmanna, autora sztuki w której debiutowała Pola, laureata nagrody Nobla z 1912 roku, mieści się w Jagniątkowie. Masywny, przypominający raczej zamek, dom został zbudowany w latach 1900- 1901.  Pisarz zamieszkiwał willę od roku 1901 aż do swej śmierci w roku 1946. Rezydencja Hauptmanna w górskiej samotności Karkonoszy stanowiła schronienie, przed towarzyskim wirem Berlina i publicznym zainteresowaniem osobą znanego pisarza.
Pisarz był świadkiem bombardowania Drezna.

Jeśli chodzi o jego dzieła literackie to nie ma w ogóle wzmianki o nich na stronach polskich, ani o styczności z jednym z nich z Polą Negri. Niewiele też znalazłam na anglojęzycznych stronach. Tyle, że spektakl był pierwszym melodramatem w literaturze światowej w której bohaterem było dziecko. O czym dokładnie była sztuka, fabuły, ani opisu, niestety nie znalazłam...

Pola Negri i Charlie Chaplin



źródła: artykuł "Nowy dziennik" 09.11.1934, nr 307, internet 


środa, 23 września 2015

Henri Birabeau "Sztuka niepodobania się"




"Moja droga, mała przyjaciółko!

Widzę, że Pani jest z siebie zadowolona. I  słusznie. Jest Pani ładna, dobrze ubrana, kocha i jest kochana. A może jeszcze szczęście sprzyja Pani na tyle, że ukochany darzy Panią wzajemnością? Umie Pani śpiewać, tańczyć, śmiać się i gawędzić, a w razie potrzeby milczeć, zachwycać, całować, płakać...                
________________________
"Jeżeli coś kochasz, daj mu wol­ność. Jeżeli wróci do Ciebie, jest Two­je. Jeżeli nie wróci, oz­nacza to, że nig­dy od początku Two­je nie było."
Salomon
________________________
                                                                                                                                                            
Jest więc Pani odpowiednio przygotowana do życia, przynajmniej odnosi Pani to wrażenie. Niech Pani jednak pozwoli powiedzieć sobie, że brak Jej jeszcze jednej umiejętności, a mianowicie sztuki niepodobania się.
- Co panu przychodzi do głowy! - powie Pani- przecież tego nie trzeba umieć.
Zapewniam Panią, że trzeba. Chociażby dla uniknięcia nudy, jaką rodzi uczucie niezmiennej doskonałości. Błękitne niebo wtedy tylko jest naprawdę  piękne, gdy zjawia się na nim kilka lekkich, przejrzystych chmurek...

Wspomnienie skończenie pięknej twarzy zaciera się prędko. Pamięta się ją dłużej, gdy zadarty nosek mąci nieco regularność linii, gdy maleńki pieprzyk przyćmiewa białość skóry. Niepodobanie się jest dla duszy tym, czym zadarty nosek lub pieprzyk na twarzy.

Proszę mnie zrozumieć, mówię o niepodobaniu się, lecz nie o budzeniu wstrętu, niczym megiera. Zdarza się, że mężczyźni znoszą i takie ale nie pożądają ich w każdym razie. Nie należy nie podobać się zawsze, lecz w pewnych tylko chwilach i pewnym ludziom, mianowicie tym, o zdanie których w danej chwili nam chodzi.

Nie podobać się, to znaczy przede wszystkim być osobą. Istota, która się zawsze podobała, jest zerem. Kobieta, o której wszyscy znajomi mówią: "Jaka ona miła", jest uosobieniem nudy. Zapomina się o niej, gdy tylko się odwróci. Jest jak człowiek, który traci wpływy, bo każdego poleca.

Chciałbym, aby gdy z dziesięciu przyjaciół Pani dziewięciu rzeknie: "Jaka ona miła", zmusiła Pani jednego do słów: "Nie wiem, co w niej jest miłego". Pozostali zaprotestują wtedy gorąco zaczną wybierać i podkreślać wdzięki Pani. Skorzysta Pani na tym, proszę mi wierzyć! W uczuciach naszych bowiem oprócz sympatii odgrywa rolę przekorność.

Jeżeli radzę Pani nauczyć się sztuki niepodobania, to czynię to w celu przekonania Jej, że należy nie podobać się jednemu, aby spotęgować sympatię drugiego. Jeden z moich przyjaciół czyta zwykle przed pójściem do teatru krytykę sztuki pisaną przez pana W. Gdy ów utrzymuje, że nic nie warta, przyjaciel mój śpieszy do teatru w przekonaniu, że czeka go przyjemny wieczór.

Stosunek mężczyzn do pięknej kobiety przypomina pogląd mego przyjaciela na teatr.  A więc:
jeśli ma Pani męża, trzeba starać się nie podobać jego wrogom. Będzie się z tego cieszył. Przypuśćmy, że kochanek Pani jest zazdrosny. Ileż przykrości uniknie Pani wtedy, znając sztukę niepodobania się  ludziom, których ma za rywali.

________________________
"Małżeństwo doprowadza do tego, że ludzie zaczynają traktować siebie nawzajem jak przedmioty, będące ich własnością, a nie jak wolne osoby."
Albert Einstein
__________________________

Musi Pani nawet umieć nie podobać się czasami swemu kochankowi. Trzeba walczyć  z niebezpieczeństwem znudzenia. Wrażliwość na wdzięki, chociażby najgłębsze, słabnie. Ulatnia się jak perfumy. "Zawsze jednakowo ponętna" pomyśli w końcu Pani kochanek z odcieniem żalu.

Mówię to bez ogródek. Trzeba pewnej domieszki niezgody, aby uczynić szczęście trwałym. Niech mi Pani wierzy, moja mała przyjaciółko, mężczyźnie trzeba okazji do wywarcia na kimś złego humoru. Upatrzy sobie w tym celu pierwszy lepszy defekt w Pani zwykle nieznaczny. Pani musi umieć podsunąć mu go sama, aby zasłonić przez to poważniejsze.  Medycyna zna tą  procedurę, zwalczając za pomocą lekkiego niedomagania poważne cierpienie.

                                             __________________________
"Sek­ret szczęścia, a przy­naj­mniej spo­koju, leży w tym, żeby wyeli­mino­wać ro­man­tyczną miłość z życia, bo to ona spra­wia, że człowiek cier­pi. Tak żyje się spo­koj­niej i le­piej się ba­wi, za­pew­niam cię."
Mario Vargas Llosa
___________________________

Nie potrzebuję chyba dodawać, że inicjatywa powinna zawsze wychodzić od Pani i powtarzam, że nie jest to rzeczą łatwą. Nie należy posługiwać się tą samą bronią w stosunku do starca i młodzika, do przelotnej znajomości i obcego, do męża i kochanka.  Tysiące jest różnic i niebezpieczeństw, tysiące możliwości niedopatrzenia lub przebrania miary. Jest to istotnie kunszt prawdziwy."

                                                                 ***

 To może nie podobać się mężczyźnie, może nie zawsze to akceptować, czy lubić znajomych kobiety, jednakże jako kochający mężczyzna powinien uszanować. Ponieważ, moim zdaniem, kobieta powinna mieć swoje życie, swoje sprawy, swoich znajomych (głównie przyjaciółki :) i wspólne wyjścia z nimi. Kobieta jako ta, która opanowała sztukę niepodobania się, chociaż tak o niej wcześniej nie myślała, powinna okazywać miłość jak najbardziej, ale nie stawać na głowie, nie padać na nos ze zmęczenia po przyjściu z pracy i nie podsuwać wtedy obiadków. Nie wyręczać w domowych obowiązkach, ponieważ to wspólna sprawa ( to ostatnie nie do mi się końca udało:). Wydaje mi się, że autor tego przedwojennego artykułu miał wiele racji- faktycznie uleganie we wszystkim, czy nadmiar dobroci i bycie miłym wprowadza nudę, przewidywalność, i poczucie, że "mam ją na zawsze".
"Niepodobanie się jest dla duszy tym, czym zadarty nosek lub pieprzyk na twarzy"- bardzo spodobało mi się to zdanie i myślę, że to również bardzo dobre podsumowanie.
Najlepiej jeśli mimo bycia w związku uda się wprowadzić poczucie wolności, niezależności i tego, że nie jestem niczyim niewolnikiem, czy własnością. To właśnie,w zasadzie, chyba jest sztuką niepodobania się...

"Podstawą szczęścia jest wolność, a podstawą wolności odwaga"
Tukidydes




źródła: artykuł: "Nowy dziennik" 21.09.1934, nr 259, zdjęcia i cytaty internet

środa, 24 czerwca 2015

Co przeszło, nie wróci... wizja minionej miłości... i Noc Kupały

Taka niby zwyczajna, prosta opowieść a zachwyciła mnie swoją skromnością i przesłaniem. To prawda, wszystko w życiu mija, wszystko kiedyś się kończy na zawsze, jednakże zostają wspomnienia, drobne pamiątki lub -co najpiękniejsze- pożółkłe i pachnące dawną epoką, miłosne listy. I dzięki nim możemy czasem w oczach innych zabłysnąć zupełnie nowym i korzystnym blaskiem. Każdy z nas był kiedyś młody, mocno zakochany, wierzący w prawdziwe uniesienia i wieczną miłość. Niestety, życie różnie się układa i nawet największa miłość i namiętność kiedyś się kończy. A to przez zawiść, uprzedzenia lub jak w minionej epoce, przez niższy stan ukochanej osoby. Nie wiadomo, z tej krótkiej opowiastki, jak ta miłość się skończyła. Czy dobrze czy źle. Ale to nieważne. Najważniejsze, że się zdarzyła i po wielu latach została odkurzona.
Bardzo chciałabym trafić się na taki strych z "gratami" i pośród zakurzonych staroci odnaleźć na nim taki cudny skarb...
Słowa przelane na papier są zawsze, w danym momencie naszego życia, cząstką naszej osobowości. Chociaż przez całe życie się zmieniamy, uczymy, czy na nowo przewartościowujemy swoje życie. Wszystko zależy od tego, kogo los postanowił postawić nam na drodze, jaką lekcję będzie dane nam przerobić i jakie wnioski wyciągnąć, by niejednokrotnie pochylić głowę i nauczyć się pokory i wyrozumiałości.

Zdarza się też przecież, że i nawet  nam samym czasem wpadnie w ręce jakiś zapisek z naszej własnej dawnej przeszłości. I nawet w wieku czterdziestu lat, czytając coś co napisaliśmy pod wpływem emocji i chwili,  uśmiechamy się mimowolnie lub płaczemy nad utraconym spontanicznym dzieckiem w sobie. I wtedy właśnie może nastąpić przełom w naszym życiu, zapragniemy powrotu tego dziecka jakim byliśmy, zapragniemy znów wierzyć, że nie wszystko jeszcze stracone. Może zdarzyć się też, że ktoś kto zbladł w naszych oczach, zyska nowe, lepsze światło....

"Co przeszło- nie wróci ...
Wizja minionej miłości
Odkrycie w lamusie..

Ciotka Zuzanny zamieszkiwała wielki, czteropokojowy lokal sama ze służącą i dwoma kotami. Zuzanna rzadko do niej przychodziła a i to raczej z obowiązku, gdyż ciotka była bogata. Gdy Zuzanna wyszła za mąż za Piotra, młode małżeństwo poszło złożyć wizytę starej ciotce.

Piotr zobaczył więc przed sobą siwą starą, damę o zwiędniętych pomarszczonych i przygasłych oczach, z których wyglądała wielka dobroć.  Większość cześć roku nie widziała nikogo z rodziny- wizyty były dość rzadkie, a ciotka sama, rozumiejąc sytuację, nie chciała się zbyt często narzucać. Za to, gdy ktoś ją odwiedził, była tak rada, że nie wiedziała wprost co zrobić z miłym gościem. Mówiła nie do rzeczy, śmiała się sama z siebie- ostatecznie zanudzała. Mawiano o niej:
- Eh, ciotka się starzeje ...
 Tym niemniej przychodzono, choćby dla przyzwoitości, by nie zostawiać w zapomnieniu krewnej, która ostatecznie była bardzo miła i uczynna. Tym razem jeszcze bardziej się ucieszyła gościem niż zwykle.
- Patrzajcie no, ludzie, taka to moja smarkatka, od ziemi nie odrosła, a już pani domu!..

Ten żart nie bardzo się spodobał Zuzannie, która uważała się za zupełnie dojrzałą umysłowo i nie lubiła jak ktoś robił aluzję do jej osiemnastu lat. Piotr natomiast nie wiedział co ma powiedzieć ciotce i serdecznie się nudził. Po herbatce ciotka wyciągnęła dwa zardzewiałe klucze i rzekła:
- Moi drodzy, macie tu klucze od dwóch pokoi, które wynajmuję pod dachem. To mój lamus. Jest tam cała masa niepotrzebnych mi mebli. Wybierzcie dla siebie co chcecie.

Żeby jej zrobić przyjemność, wdrapali się do tego "lamusa". Ile tam było kurzu!.. Przede wszystkim pozostawszy bez świadków, wycałowali się dokumentnie (dwa dni po ślubie). Potem Piotr powiedział, że już można wracać do domu. Zuzanna zaprotestowała:
- Nie można tak. I ty w dodatku ani słowem się nie odezwałeś przez cały czas. Po prostu dla przyzwoitości trzeba tu popatrzeć i wybrać jakiś grat.  
 Co do "gratów" to znalazły się tam rozmaite,  śliczne i cenne mebelki. Jakiś autentyczny gdański kredens (szkoda, że za duży do ich mieszkania) szafa wiedeńska, jakaś śliczna komódka ...
- Spójrz Zuziu, przecież ta komódka, to istne arcydzieło! Bierzmy ją!
 Zuzia już zaglądała do szuflad.
- O, jakieś papiery... paka listów...
- Trzeba być dyskretnym, nie czytaj... - tymczasem sam zaglądał jej przez ramię.
-Ojej, Piotruś, jak Bozię kocham. To listy miłośne z 1809 roku! I do cioci wszystko... haha, nie wytrzymam, ciocia i miłość... - tu skurczyła się, bo Piotr pocałował ją w szyję, akurat tam gdzie ją łechtało - spojrzyj jak oni pisali, o "Pani mego serca, którą ledwie zwać śmiem moją najdroższą.."   a tu, spojrzyj, on ją przeprasza, że pocałował ją raz w przedramię. Oj! -krzyknęła, bo ją uszczypnął- Idź ty, nie będę mogła siedzieć...  

  Czytali listy jeden za drugim. Wyłoniło im się widmo zasuszonej miłości sprzed czterdziestu lat- pachnącej niemodnymi perfumami, otoczonej całym ceremoniałem, szacunkiem, konwenansami. Teraz to wszystko takie proste, tak prędko się robi...
  A jednak stopniowo ucichli, spoważnieli. Listy starannie złożyli w szufladce gdańskiego kredensu, bo komoda miała pójść do nich. Zeszli na dół.

  Piotr patrzył na ciotkę innym okiem. Tę kobietę kochano w swoim czasie, z takim szacunkiem, taktem... Oczyma wyobraźni ścierał zmarszczki z jej twarzy, odtwarzał minioną jej piękność. Zuzia ze zdumieniem spostrzegła, że Piotr zwraca się do ciotki z taką galanterią, tak wyszukanie, jak do najpiękniejszej, najarystokratyczniejszej damy ... jak nigdy do niej się nie zwracał..."

                                                         ***


 I jeszcze coś z moich wspomnień, nie tak dawnych, ale mocno spontanicznych. Może trochę dziecinnych. Bo bawiłam się jak dziecko :)

Noc Kupały zdarza się raz w roku i tym razem pomimo, że miałam na rano do pracy, postanowiłam je, chociaż trochę, spędzić wedle dawnego zwyczaju...
  Przygotowałam ognisko, naznosiłam i ułożyłam kamienie i wysypałam ziemię piaskiem. Córka uplotła nam wianki z trawy i kwiatów jaśminu- cóż, nic innego nie było pod ręką, a zdecydowałyśmy się na zabawę wieczorem. Ubrałyśmy się w długie spódnice ;)  i usiadłyśmy przy rozpalonym ogniu. Boso. W tle dosyć głośno, leciała odpowiednia, chyba, muzyka.

 Żywiołak - Nowa ex-Tradycja (full album)


Na karteczkach napisałyśmy marzenia, które chciałybyśmy, by nam się spełniły w najbliższym roku i powrzucałyśmy do ognia. Były tańce i skoki przez ogień, śmiechu co nie miara. Niestety, na drugi dzień odkupiłam tą zabawę trochę złym samopoczuciem. Trochę mnie przewiało - złudne wrażenie, że jest ciepło przy ogniu, nie ostrzegło mnie by założyć buty i okryć się kocem.
Jednak powiem szczerze, jak dziecko, że WARTO było...


       
                                                 Moja śliczna córcia...

      I wydało się, że jestem czarownicą... hmm ale dobrą, mam nadzieję ;)







źródła: gazeta kielecka 23.06.1935, nr 171,
zdjęcia do tekstu z gazety, z internetu,
zdjęcia z Nocy Kupały autorstwa mojego i mojej córki ;)
     

LinkWithin