wtorek, 25 października 2016

Lata 20, lata 30...




Niedawno napisała do mnie sympatyczna Agatka i poprosiła o propozycje do prezentacji multimedialnej dotyczącej kina z okresu międzywojennego. Cóż, jak zwykle poczułam się nieco skrępowana, ponieważ o starym kinie (mimo, że nadal jest mi bliskie, to jednak ostatnimi czasy, jak pewnie zauważyliście) rzadziej piszę. Po prostu, nie ma w necie dobrych źródeł, biografie osób, które nawet jeśli mnie zainteresują, są bardzo skąpe i często przez to po prostu rezygnuję z wpisu. I głównie przez ten fakt, na blogu wielomiesięczne cisze panują- inna przyczyna to brak czasu (tak to sobie tłumaczę ;)

            Gratuluję Agatce pomysłu i sukcesu, ponieważ jednak sama dała sobie świetnie radę. Wiem, bo pochwaliła mi się tym. Mam nadzieję, że nie będzie zła, że przytoczę tutaj treść maila, ale wydaje mi się, że powinnam, ponieważ będzie on uzupełnieniem jej świetnej prezentacji. Naprawdę nie wszystko jeszcze stracone, jeśli są jeszcze tacy młodzi, nastoletni ludzie:

"Wczoraj pokazywałam moją prezentację i reakcja klasy oraz nauczyciela była bardzo zaskakująca. Mianowicie, kiedy skończyłam mówić nastała chwila ciszy - wszystkich zamurowało - następnie podniosły się gromkie brawa i niedowierzanie. Nauczyciel stwierdził że ocena 6 to za mało na taką prezentację, jednak program nauczania wyższej niestety nie przewiduje. Nikt z mojego otoczenia nie wiedział, że interesuję się dawnymi czasami. Mam nadzieję, że chociaż kogoś zaraziłam swoją pasją. Myślę, że bardziej podobał im się sposób przedstawienia (ponieważ na slajdach były głównie zdjęcia, filmy i muzyka - a tekst był w głowie, czasami podparty notatkami) niż sam temat. Jednak najlepszym momentem z całej prezentacji to chwila w której nauczyciel podszedł do mnie, podał mi rękę i podziękował za to, że istnieją jeszcze takie osoby jak ja ( i Pani 😉 ) 
Dziękuję za Pani wsparcie i czas jaki Pani włożyła w swojego bloga.
Poniżej wysyłam link do mojej prezentacji, gdyby chciała Pani sama ją ocenić. W załączniku wysyłam notatki prezentowane przed klasą."

Mam nadzieję, że uda się, czy udało już zarazić Agatce swoją pasją kogoś ze swego otoczenia, z rodziny. Niestety mi się nie udało nikogo z rodziny przekonać do mojej pasji, żadne z nich nie czyta mojego bloga, a znajomym to nawet nie wspominam... cóż.

Poniżej przesłany przez Agatkę, wspomniany link do prezentacji (posługując się strzałką, będziecie przechodzić do kolejnych zdjęć i filmów)  i wprowadzenie do niej: 



"WPROWADZENIE DO PREZENTACJI

Czy kojarzycie takie osoby jak Dymsza, Sempoliński czy Smosarska? Większość z Was pewnie o nich nie słyszała. Zapewne bardziej znane Wam nazwiska to Chaplin, Armstrong czy Chanel.  Wszyscy Ci ludzie byli sławni i przyczynili się jakoś do naszej kultury, a jednak bardziej pamiętamy osoby z zagranicy niż naszych rodaków. Dlaczego tak jest? Nie wiadomo. Chciałabym Wam więc dzisiaj przybliżyć polskich artystów z dawnych czasów.

I. Wojna Światowa
od 28 lipca 1914 do 11 listopada 1918 – odzyskanie niepodległości
Początek II Rzeczypospolitej

II.  Polska w latach międzywojennych – znaczna różnica granic

III. Czym nagrywano filmy?
KINETOSKOP – urządzenie służące do wyświetlania ruchomych obrazów. Zostało opatentowane przez Thomasa Alvę Edisona w 1891 roku, jako urządzenie przeznaczone dla jednego widza], działające na zasadzie fotoplastykonu.

PLEOGRAF – aparat kinematograficzny służący jednocześnie do rejestracji materiału filmowego oraz jego projekcji, skonstruowany przez polskiego wynalazcę Kazimierza Prószyńskiego w roku 1894.

KINEMATOGRAF  -do nagrywania i projekcji filmów. Skonstruowali go w roku 1895 we Francji bracia Louis i August Lumière). Pierwsza publiczna projekcja ich filmów miała miejsce   w Paryżu. Między innymi wyświetlono najsławniejszy Wjazd pociągu na stację w La Ciotat, podczas którego podobno widzowie siedzący najbliżej ekranu uciekali w popłochu, przerażeni widokiem sunącej na nich lokomotywy..

IV. Dźwięk w filmach
Podczas projekcji filmom niemym towarzyszyła muzyka lub dubbing na żywo - niekiedy nagrywany na płytach gramofonowych. Niemniej przyjmuje się, iż rozwój filmu dźwiękowego został zapoczątkowany dopiero w latach 20.
W 1922 roku opatentowano metodę zapisu dźwięku (udźwiękowienia) na taśmie filmowej, co wpłynęło na szybki rozwój sztuki kinematograficznej pod względem technicznym, jak i artystycznym. Pierwszym fabularnym filmem dźwiękowym był Śpiewak jazzbandu (1927)

 V. Kompozytorzy z dawnych czasów  / w tym mój ulubiony
~Andrzej Włast, Jerzy Petersburski, Władysław Szpilman

 HENRYK WARS urodził się w Warszawie w 1902 roku, zmarł w 1977 roku w Stanach Zjednoczonych. Wars wraz z innymi muzykami wstąpili do armii gen. Andersa. Piosenki Warsa śpiewane były przez najlepszych piosenkarzy i piosenkarki tamtych czasów.
~Całuję twoją dłoń, madame ~On nie powróci już~ Tango milonga ~ Takie coś

VI.  O Aktorach słów kilka... (wybrałam moich ulubionych)

ADOLF DYMSZA  -Adolf Bagiński-  Urodził się 7 kwietnia 1900 roku w Warszawie, zmarł 20 sierpnia 1975 roku. Na początku grał  w warszawskich teatrzykach . Popularność zyskał do dołączeniu do kabaretu „Qui Pro Quo”. Niewiele wiadomo o jego występach w filmie niemym, za to filmy dźwiękowe ujawniły jego talenty komiczne , co przyniosło mu niesamowity rozgłos.
Lata okupacji spędził w Warszawie grając w teatrach rewiowych, pomimo zakazu konspiracyjnego ZASP-u. Przez to po wojnie dostał zakaz grania w Warszawie, a jego nazwisko na afiszach było zastępowane gwiazdkami. Przeniósł się do Łodzi gdzie występował w Teatrze Powszechnym. W 1951 wrócił do Warszawy i do emerytury 1973 grał w Teatrze Syrena. Ostatnie dwa lata życia spędził w domu Opieki Społecznej w Górze Kalwarii.

EUGENIUSZ BODO - Bohdan Eugène Junod - Urodził się 28 grudnia 1899 roku, zmarł 7 października 1943 roku w Kotłasie. Jego ojciec Teodor prowadził pierwsze w Łodzi kino Urania, dlatego miał on od młodych lat do czynienia ze sceną, występami, tancerzami i kuglarzami. W wieku lat dziesięciu opracował własny numer sceniczny zwany „10-letni kowboj Bodo – cudowne dziecko XX wieku”. Przebrany w kostium kowboja, mały Bodo żonglował lassem, strzelał z kolta, tańczył i bardzo ładnie śpiewał.  Nie podobało się to jego matce, która chciała aby jej syn był lekarzem, jednak Bodo mdlał na widok krwi. Poszedł więc do szkoły handlowej, ale cały czas o wielkiej scenie, więc uciekł z domu, pojechał do Poznania, a tam znalazł prace jako bileter w teatrze Apollo. Bodo zatrudnił się później w teatrze SFINKS.
Od 1919 roku  występował w kabaretach: „Qui Pro Quo”, „Morskie Oko”, „Cyganeria” i „Cyrulik Warszawski”. W 1925 zadebiutował w filmie Rywale i od tego momentu rozpoczęła się jego ogromna popularność. ~Pieśniarz Warszawy ~Piętro wyżej ~Robert i Bertrand~ Czy Lucyna to dziewczyna?
W latach 30. zaczął pisać scenariusze,  reżyserować filmy, w których grał główne role. Był producentem i jednym ze współwłaścicieli (od 1931) wytwórni filmowej B.W.B.
W kwietniu 1939 otwarto w Warszawie przy ul. Foksal 17 kawiarnię Café-Bodo - promował ją swoja twarzą.

HELENA GROSSÓWNA ur. 25 listopada 1904 w Toruniu, zm. 1 lipca 1994 w Warszawie. Ukończyła szkołę baletową w Toruniu. Po debiucie scenicznym w 1926 kształciła się i występowała we Włoszech oraz Francji. Po powrocie do kraju grała m.in. w poznańskim Teatrze Nowym oraz warszawskich Qui Pro Quo W filmie debiutowała w roku 1935. ~Piętro wyżej~ Zapomniana melodia ~ Paweł i Gaweł~ O dwóch takich co ukradli księżyc.
Podczas powstania warszawskiego należała do batalionu „Sokół”, służyła w stopniu porucznika, posługując się pseudonimem „Bystra”. Dowodziła żeńskim oddziałem, była łączniczką, zajmowała się również organizacją ewakuacji rannych. Trafiła do obozu jenieckiego, z którego potem więźniów uwolniła armia generała Stanisława Maczka, a jednym z oficerów w jego szeregach był Tadeusz Cieśliński, jej przyszły mąż.
Na ekrany powróciła 1960 a w  1964 roku zakończyła karierę, z ulgą odchodząc na zasłużony odpoczynek. Zmarła w Warszawie.

LUDWIK SEMPOLIŃSKI -  ur. 18 sierpnia 1899 w Warszawie, zm. 17 kwietnia 1981
Od lat dziecinnych pociągał go teatr. W szkołach do których uczęszczał brać udział w różnych występach. Zadebiutował na jego scenie kabaretu SFINKS 9 lipca 1918 roku później grywał w innych teatrach raczej poza Warszawą.
 W 1928 roku występował teatrze  Morskie Oko to wtedy powstała jego słynna piosenka "Tomasz, ach Tomasz” śpiewana przez artystę przez kilka następnych dziesięcioleci.
~Jaśnie pan szofer~ Piętro wyżej~ Sportowiec mimo woli~ Paweł i Gaweł

VII. Fragment filmu „Robert i Bertrand” z 1938 roku.

VIII.  Ten wąsik ach ten wąsik
ISTNIEJE CIENKA LINIA POMIĘDZY KOMEDIĄ, A DRAMATEM.
Pod koniec maja 1939 roku – powstała polska wersja piosenki "Titina". Piosenkę skomponowaną przez Charliego Chaplina, opatrzoną polskim tekstem "Ten wąsik" którą, Sempoliński śpiewał ucharakteryzowany na Adolfa Hitlera. Fotografie Sempolińskiego jako Hitlera witały niemieckich żołnierzy, którzy wkraczali do zniszczonej Warszawy. Samemu zaś Sempolińskiemu udało się zbiec na stronę sowiecką, czym sobie uratował życie. Przez długi czas poszukiwała go bowiem niemiecka policja - za ośmieszenie führera groziła mu śmierć. Ukrywał się pod nazwiskiem Józef Kalina.
Po wojnie grał na scenach Łodzi, Krakowa i w warszawskim Teatrze Syrena.
Autor wspomnień Wielcy artyści małych scen (wyd. 1968) i Druga połowa życia (wyd. 1985). Był także wykładowcą warszawskiej PWST (Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna), wychowawcą wielu znanych aktorów i piosenkarzy.

IX –  Na zdjęciu dwa groby i pomnik Eugeniusza Bodo. Element społecznie niebezpieczny. Po wybuchu wojny dotarł do Lwowa, gdzie występował w Tea-Jazzie  prowadzonym przez Henryka Warsa. Śpiewał po polsku i po rosyjsku. Jednak chciał wyjechać z sowieckiej Rosji, licząc na wstawiennictwo szwajcarskiej ambasady i posiadany wciąż paszport tego kraju. Został aresztowany w 1941 roku przez NKWD jako cudzoziemiec, pod zarzutem szpiegostwa przetrzymywany był w moskiewskim więzieniu . Depresja, straszliwe warunki, w których go przetrzymywano w ciągu dwóch lat, doprowadziły aktora do kompletnego wyniszczenia. Eugeniusz Bodo zmarł podczas transportowania go do jednego z łagrów  w Kotłasie. Ciało wrzucono do bezimiennego, masowego grobu.

X. – Danuta Szaflarska  - Żywy dowód na to, że te czasy nie są aż tak odległe, ponieważ żyją wśród nas osoby, które widziały tamtych aktorów na własne oczy.
2016-1920=96 < Od początku lat 20, dzieli nas 96 lat.
Danuta Szaflarska ur. 6 lutego 1915  w Kosarzyskach. W 1939 roku ukończyła Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej, w tym też roku miał miejsce jej debiut na scenie. Do 1941 roku występowała w Teatrze Polskim w Wilnie. Brała udział w Powstaniu Warszawskim jako łączniczka. W 1945 wystąpiła w głównej roli w pierwszym polskim filmie powojennym – Zakazane piosenki. Po wojnie występowała m.in. w Teatrze Starym w Krakowie, Teatrze Kameralnym w Łodzi i Teatrze Współczesnym w Warszawie.
~Pokłosie~ Skarb~ Samochodzik i Templariusze

ZAKOŃCZENIE PREZENTACJI

Jak widzicie oni też kiedyś byli młodzi. Mieli swoje marzenia, pasje. A jednak przyszło im walczyć o wolną Polskę, o to, by młode pokolenie (czyli my) miało dobre życie. Uważam, że nigdy nie powinniśmy zapomnieć o dawnych czasach.
~Agata Nowak
2016 r."




piątek, 21 października 2016

Czy zagraniczne koncerny są pożyteczne czy szkodliwe?



 Zdjęcie może nie za bardzo pasuje do tematu posta, ale jest takie urocze, więc cóż... nie mogłam się oprzeć, żeby go tu dzisiaj nie umieścić. Taki piękny, słoneczny dzień jesienny, do tego uśmiechnięte, beztroskie dzieci, oraz przede wszystkim cudowne, długie warkocze z kokardami...

  Przyznam, że przedwojenną prasę czytam niejednokrotnie z otwartą ze zdziwienia buzią i wyłupiastymi oczyma,  ponieważ w trakcie lektury, mam omamy, czy coś, jakoby ktoś z naszych czasów cofnął się w czasie i do prasy wdarł się chochlik. Przecież te problemy, dotyczą nas, ludzi współczesnych, więc dlaczego piszą o tym osiemdziesiąt lat temu? Czyżby, jak to mówią, historia lubi się powtarzać? Tekst, który dziś zamieszczę, myślę, że ważny jest. Nie wiem, czy coś się zmieni w najbliższym czasie w naszym kraju, jednak zawsze warto dowiedzieć się -być może- czegoś nowego, ze starych czasopism. Poniżej, oryginalny tekst z czasopisma dla dzieci!  z 1935 roku.

                                       >>>>>>>>>>>>>>

 "W naszym piśmie stale powtarzamy hasło:Popieraj przemysł polski, niezależny od zagranicy. Dążymy do tego, aby zarówno naszym młodym czytelnikom, jak też rodzicom ich wpoić przekonanie, że należy nasz kraj wyzwalać z jarzma zagranicznych koncernów. To jarzmo jest szczególnie  uciążliwe w czasie obecnego kryzysu. Krótko mówiąc- kryzys w Polsce nie skończy się, dopóki zagraniczne koncerny nie przestaną wyzyskiwać naszego kraju.

Niestety jest sporo ludzi, którzy naszego hasła nie rozumieją, albo obojętnie do niego się odnoszą. Zdarzają się ludzie nawet wykształceni, którzy twierdzą, że dla kraju jest wszystko jedno, czy przemysł w Polsce znajduje się w rękach obywateli polskich, czy też należy do koncernów zagranicznych- bo przecież koncerny zagraniczne także zatrudniają robotników Polaków. Ci ludzie nie zdają sobie sprawy, że Polska jako europejskie mocarstwo, nie może być podobna do kolonii murzyńskiej, gdzie krajowcy za mizerną zapłatą pracują jako robotnicy, a na stanowiskach właścicieli i kierowników fabryk są obcy.

Niektórzy znów twierdzą, że Polacy są dobrymi rolnikami, ale do przemysłu jeszcze nie bardzo jesteśmy przygotowani- brak nam wyrobienia i kapitałów? Korzystaliśmy z pomocy zagranicznych fachowców sto lat temu, kiedy w Polsce wcale nie było zakładów przemysłowych, musimy korzystać także obecnie. Tym argumentem zajmiemy się obszerniej i wyjaśnimy, że co było dobre sto lat temu, to dziś jest szkodliwe.

Sto lat temu rzeczywiście rząd Królestwa Kongresowego zachęcał obcych przedsiębiorców, aby sprowadzali się do Polski i zakładali u nas warsztaty i fabryczki. Wielki patriota i działacz gospodarczy Stanisław Staszic, gdy sto lat temu objeżdżał okolice Łodzi, cieszył z każdego nowego zakładu, który powstał przy udziale zagranicznych fachowców. I było z czego cieszyć się. Zagraniczny przemysłowiec, chcąc założyć fabrykę w Polsce, musiał u nas osiedlić się na stałe, porzucając na zawsze swój kraj macierzysty. W owym czasie nie było kolei i komunikacji tak udoskonalonej jak dziś. Zagraniczny przedsiębiorca przywoził do Polski narzędzia pracy, a równocześnie sprowadzał swą rodzinę, aby u nas znaleźć swoją ojczyznę. Pracując i dorabiając w Polsce, zbiegiem czasu szczerze przywiązywał się do naszego kraju. Potomkowie założyciela fabryki polszczyli się i później tylko nazwiska wskazywały na ich obce pochodzenie, gdyż sami stawali się wiernymi i oddanymi synami nowej ojczyzny. Mamy w Polsce dużo firm założonych przed kilkudziesięciu laty przez obcych przedsiębiorców, które dziś są powszechnie znane jako zakłady polskie, niezależne od zagranicy. Wymieńmy dla przykładu firmy Gebethner i Wolff*, Wedel, Bohm, Fuchs, Scheibler i Grohman**, Puls itd.

Dziś jednak wszystko układa się inaczej. Zagranicą powstały potężne koncerny, które mając centralę w kraju macierzystym, zakładają swe filie w różnych krajach w tym celu, aby poszczególne kraje wyzyskiwać na korzyść centrali. Jeśli zagraniczny koncern upatrzy sobie Polskę jako rynek od eksploatacji, to układa swe plany w ten sposób, aby do naszego kraju przywieźć jak najmniej potrzebnych wkładów, ale za to, żeby później przez dziesiątki, a bodaj setki lat z Polski wywozić jak największe zyski i nie dopuścić w Polsce do rozwoju przemysłu niezależnego od zagranicy. Zarząd i właściciele obcego koncernu pozostają za granicą, do Polski przysyłają tylko dyrektorów i kierowników. Dzięki rozwojowi komunikacji, poczty, telegrafu i telefonu- zagraniczny koncern co dzień otrzymuje sprawozdania ze swego oddziału w Polsce i codziennie przesyła mu zarządzenia.

Kiedyś zagraniczny fachowiec, gdy osiedlił się w Polsce, u nas zarabiał pieniądze i u nas wydawał je lub lokował. Dorabiając się sam, równocześnie wzbogacał kraj. Dziś zagraniczny koncern zyski, jakie osiąga w Polsce, natychmiast przekazuje zagranicę. Gdy nadzorca wyznaczony przez sąd objął elektrownię warszawską, która była w rękach koncernu zagranicznego, to stwierdził, że pieniądze jakie elektrownia przed trzema dniami pobrała od klientów, już były ulokowane w bankach zagranicznych.

Zakładając u nas swe fabryki, zagraniczne koncerny nie tworzą w Polsce nowych gałęzi przemysłu, a tylko podcinają byt i zmierzają do zniszczenia przemysłu rodzimego. Jaskrawym tego przykładem jest zagraniczna wytwórnia obuwia oraz jej sklepy i warsztaty reperacyjne, które odbierają pracę i pogrążają w nędzy co najmniej pięćdziesiąt tysięcy szewców z ich rodzinami.

Wspomnieliśmy, że koncern zagraniczny przysyła do Polski swych dyrektorów i kierowników. Ci panowie są zależni od swej centrali, która w każdej chwili może ich odwołać lub przenieść do innego kraju. Dlatego i oni lokują swe zarobki i pensje nie u nas, lecz zagranicą. Mieszkając u nas przez kilkanaście lat, pozostają nam obcy językiem i duchem. Ich dążeniem jest, aby w Polsce zarobić jak najwięcej pieniędzy i wyjechać do swojego kraju, aby żyć z kapitałów wywiezionych z Polski. Gdy Polak wyjedzie zagranicę, nie może wprost zrozumieć dlaczego we Francji, w Anglii, w Niemczech prosty robotnik żyje i mieszka lepiej, niż u nas urzędnik, dlaczego widać tyle samochodów, bogactwo rzuca się wprost w oczy, a u nas takie ubóstwo. Przyczyna jest jasna: w Anglii przemysł należy do Anglików, we Francji do Francuzów, w Niemczech do Niemców, a u nas większość fabryk stanowi własność obcych koncernów.

Drodzy Czytelnicy! Każdy z Was pragnie, aby Polska przestała być zaliczana do najuboższych krajów w Europie. Pamiętajcie więc, że do podniesienia dobrobytu całego kraju i wszystkich warstw jest tylko jedna droga: rozwój przemysłu polskiego, niezależnego od zagranicy.  Z.C.    "
źródło: miesięcznik "Promień słońca", październik 1935, nr 2, ebuw.uw.edu.pl

                                                        >>>>>>>>>>>>>>>>>>

   Oprócz artykułu prasowego, zamieszczam również, króciutkie historie dwóch firm, które mnie zainteresowały i na których temat udało mi się cośkolwiek znaleźć w necie.( Wedla chyba nie muszę nikomu przedstawiać :)  Firm, które zostały założone  przez zagranicznych przedsiębiorców, a które przez wiele lat, z powodzeniem funkcjonowały jako powszechnie znane zakłady polskie. Niestety już nie istnieją. Jeśli zaciekawią Was te historie i chcielibyście przeczytać więcej,  to w tekście zamieściłam linki stron z których korzystałam.

*Gebethner i Wolff – Gustaw Adolf Gebethner poznał Augusta Roberta Wolffa przypadkiem, na praktykach przyuczających do zawodu księgarza. Obaj byli młodzi i zapewne pełni pasji i marzeń, więc ta znajomość nie mogła zakończyć się inaczej. Połączyli siły we wspólnym interesie i zainwestowali w rozwój firmy, to jest tworząc nie tylko księgarnię ale i podejmując się działalności wydawniczej. Należy dodać, że obaj ożenili się z posażnymi pannami, więc mieli nieco ułatwione zadanie. Firmę założyli w 1857, istniała do 1950- niestety została zlikwidowana przez władze komunistyczne. Do roku 1961 funkcjonował antykwariat.

"To wielce znamienne, że potomkowie niemieckich tkaczy przybyłych w XVII w. do Krotoszyna, przyczynili się do rozwoju polskiej kultury i nauki, gospodarki i sportu, a jednocześnie kiedy była potrzeba, gotowi byli z poświęceniem życia stanąć do walki o niepodległość Polski, do służby publicznej w odrodzonej po zaborach Rzeczypospolitej i w instytucjach państwa podziemnego w okresie okupacji." źródło: tygodnikprzeglad

Dodam jeszcze, że firmie Gebethner i Wolff przyświecała piękna i szlachetna dewiza:
     „Nie można być tylko kupcem, trzeba wydawać pewne książki dla honoru domu”.

.......................................

**Grohman i Scheibler- Tkalnia przy ulicy Kilińskiego w Łodzi stanowiła część wielkiego imperium włókienniczego należącego najpierw do Karola Scheiblera, a potem też do rodziny Grohmanów.
 Pierwszą fabrykę Karol Scheibler utworzył w 1855 roku. Z czasem w Łodzi powstały największe zakłady włókiennicze. Karol Scheibler zmarł w 1881 roku. Wiele lat po jego śmierci, było to już po pierwszej wojnie światowej, doszło do połączenia sił rodziny Scheiblerów i Grohmanów. Do fuzji doszło w 1921 roku, dzięki, której firma mogła przetrwać, ponieważ w tamtym okresie łódzki przemysł znajdował się w fatalnym stanie. Po drugiej wojnie światowej spółkę przejęło państwo. Dalej była to największa fabryka włókiennicza w Polsce.

Księży młyn
Księży młyn to głównie kompleks fabryk, ale też osiedle robotnicze, straż pożarna, kościół, sklepy, szpital oraz pałac. Wszystko to powstało dzięki staraniom i funduszom Karola Scheiblera. David Lynch tak sobie ukochał to miejsce, że zrobił tu ponad sześć tysięcy zdjęć i kręcił sceny do filmu. Można tu godzinami chodzić po starych, brukowanych uliczkach wśród robotniczych domków, podziwiać fabrykę, która nic a nic nie straciła ze swej urody, chociaż ma już ponad 130 lat!  źródło: baedekerlodz

ciekawostki:

- Władysław Reymont wzorował postać Hermana Bucholca w swojej powieści pt. "Ziemia obiecana", na podstawie życiorysu Karola Scheiblera.

-Nawet w Anglii, gdzie rozpoczęła się rewolucja przemysłowa, nie powstawały tak wielkie fabryki jak ta, którą Karol Scheibler wystawił w Łodzi.

-Grohmanowie byli jedną z tych rodzin, które tworzyły przemysłową potęgę Łodzi. Mimo niemieckich korzeni, zawsze czuli się Polakami.

- Henryk Grohman zakochał się w swojej... ciotce, Matyldzie Trenkler. Jej mąż Teodor był bratem matki Henryka, Pauliny z Trenklerów. Tej miłości pozostał wierny do końca życia. Kiedy zmarł wuj Teodor, Henryk ożenił się ze starszą od siebie o kilka lat Matyldą.

- Zapewne Anna Scheiblerowa  czuła się w równym stopniu Niemką i Polką - mówiła po polsku i uczyła języka polskiego swoje dzieci. Interesowała się polską literaturą, a w 1901 i 1904 roku gościła u siebie Henryka Sienkiewicza. Była najbogatszą oraz najbardziej wpływową kobietą w Łodzi.

-13 czerwca 1987 roku przyjechał do Łodzi Jan Paweł II, odwiedził dawne imperium  i spotkał się z pracującymi tamże włókniarkami.  źródła: dzienniklodzkidzienniklodzkibaedekerlodz   

Niemiec, który zbudował Łódź.


I na koniec dodam, że celowo umieściłam tu zdjęcie kopalni nafty w Rogach obok Dukli. Ponieważ obok zdjęcia, w artykule był tekst dotyczący tematu posta:
"Po ustabilizowaniu granic po I wojnie światowej (1921) Rzeczypospolitej Polskiej przypadło dwadzieścia osiem pól naftowych w bardzo rozdrobnionej strukturze. Rząd RP, pod presją naftowego lobby, nie skorzystał z zagwarantowanego przez traktat wersalski prawa do przejęcia własności obywateli państw centralnych. Majątek firm austriackich i niemieckich został przekazany w ręce podstawionych podmiotów zagranicznych, a w konsekwencji 75 procent przemysłu naftowego, ulokowanego na polskim terytorium, stało się własnością kapitału obcego, głównie francuskiego i amerykańskiego." źródło:nafta-polska




                                                       

sobota, 9 kwietnia 2016

Cóż to za nonsens, cóż to za głupota...

"A gdy kobieta nie chce, nie może rodzić, gdy wzdryga się na myśl urodzenia dziecka niepożądanego, którego zajście nastąpiło pomimo jej woli i chęci, którego przyjście na świat może jak najtragiczniej zadecydować o całej przyszłości matki - to tej kobiecie przestarzałe, nieżyciowe, ciasne męskie prawodawstwo naszego nowego prawa karnego - każe takiej kobiecie rodzić, żąda od niej przymusowego macierzyństwa, woła kodeks nieludzkim głosem: kobieto musisz rodzić!" -  Justyna Budzińska-Tylicka.

"Pomimo że postępy medycyny i eugeniki (nauki o hodowli zdrowego potomstwa, i o utrzymaniu i  rozwoju, zdrowego, silnego, zahartowanego człowieka) znaczne robią postępy wśród wszystkich kulturalnych narodów, to niestety, wyniki tego postępu nie dotarły, i nawet w małej cząstce nie dochodzą do Polski. W państwie polskim dziś, jak za  dawnych przedwojennych, niewolniczych czasów, obecnie po 17 latach wyzwolenia politycznego- sprawa zmiany prawa małżeńskiego pozostaje nadal nienaruszona, a więc, przy zawiązywaniu rodziny nikogo nic nie obchodzi, czy zdrowi, czy chorzy ludzie łączą się ze sobą.

 Żenią się  nałogowi pijacy, choć nauka i życie  stanowczo stwierdza, że potomstwo alkoholików jest przeważnie dziedzicznie obarczone chorobami nerwowymi, a nawet umysłowymi, takimi jak: idiotyzm, epilepsja, tępota umysłowa, skłonności do zbrodni i tym podobne.

Żenią się wenerycznie chorzy, których krew jest przesiąknięta jadem syfilitycznym- a ich potomstwo jest nieszczęśliwe, niedorozwinięte fizycznie, organizm słaby, narażony na różne choroby, a nawet kalectwa. Żenią się chorzy na suchoty, którzy przekazują dziedzicznie wątłość  organizmu i zadatki tej długiej  strasznej choroby, tym bardziej jeżeli  matka jest gruźliczką. Żenią się z sobą i bliscy krewni, bo trudności zawierania związku małżeńskiego opłaca się przekupstwem władz kościelnych.

"Świadome macierzyństwo", J. Budzińska-Tylicka, 1935 r.
Bo ta ważna sprawa społeczno-zdrowotna, ta bardzo ważna sprawa  moralna, jakim jest prawo  małżeńskie, do dziś jest sprawą wyznania religijnego! Rozstrzyga ją nie prawo państwowe- tylko ksiądz katolicki, pastor ewangelicki, rabin żydowski czy pop prawosławny. Cóż to za nonsens, cóż to za głupota!
Wszystkich można omamić, obejść, a w pierwszym rzędzie przekupić!

Na przykład jeżeli idzie o rozwód małżeństwa. Ale jeszcze do tej sprawy prawa małżeńskiego w Polsce oddzielnie powrócę i wyjaśnię dlaczego nasze rządy państwowe nie chcą, czy boją się zatwierdzić projekt prawa małżeńskiego, który jest przygotowany przez specjalną prawną komisję, nazwaną komisją kodyfikacyjną. Projekt ten jest dobry, a nawet w wielu punktach bardzo dobry, a leży od maja 1929 roku w Ministerstwie Sprawiedliwości "pod zielonym suknem", bo biskupi katoliccy nie chcą się zgodzić na niego...

Niech więc dalej się rodzą zgniłe dzieci, suchotnicze  dzieci, matołki i epileptycy. Niech w dalszym ciągu będą zabronione rozwody małżeństw, które się biją, zabijają, zdradzają, siejąc wokół i wśród swych dzieci zarazę moralną. Niech dalej w Polsce niepodległej i  zjednoczonej rządzi się kler, aż pięcioma prawami małżeńskimi, zależnie od tego, gdzie mieszka, w którejś z  dzielnic zaborczych czy na kresach. To jest takie smutne, złe i głupie!

Wracając do higieny małżeństwa, czyli raczej do wskazań zdrowotnych przy zawieraniu małżeństw, chcę zawiadomić czytelniczki nasze, że jest w przygotowaniu projekt tak zwanej polskiej ustawy eugenicznej, której celem jest kontrola nad stanem zdrowia ludzi wstępujących w związki małżeńskie, ażeby zapobiec rodzeniu się dzieci zwyrodniałych.

Obecny stan nauk medycznych i przyrodniczych dobitnie stwierdza, że tak jak złe, zepsute, stare nasienie rośliny nie wydaje dobrego, silnego plonu, to takie samo zjawisko istnieje wśród zwierząt i ludzi. Hodowla roślin, warzyw, kwiatów jest i w Polsce bardzo dobrze znana i stosowana. To samo trzeba powiedzieć o hodowli zwierząt domowych: koni, bydła a nawet psów. Tylko biedne dzieci  nasze są pozostawione na pastwę przesądów, nieuctwa i przekupstwa odpowiednich czynników. Trzeba  nareszcie z tym skończyć!

W Ameryce jeszcze przed wojną nie wolno było żenić się chorym umysłowo, ale teraz nauka idzie w tym kierunku, że zamiast zabraniać się żenić, co nie przeszkadzało mieć dzieci pobocznie, lepiej jest  pozbawiać płodności szkodliwe jednostki do rozradzania się, co się nazywa sterylizacją, czyli wyjałowieniem człowieka. U mężczyzn jest ten zabieg chirurgiczny łatwy, u kobiet znacznie trudniejszy. W tej sprawie najwięcej skorzystał wszechwładny  dyktator Niemiec, Hitler-  rozkazał sterylizować mężczyzn nie tylko niebezpiecznych dla potomstwa, ale z innych względów nawet politycznych. Tak, że dotąd w Niemczech już dokonano dziesiątki tysięcy takich operacji.

Projekt polskiej ustawy eugenicznej domaga się sterylizacji tylko tych ludzi, którzy niewątpliwie są szkodliwi dla rozradzania się i tam gdzie zachodzi konieczność. Również są w tej ustawie przewidziane obowiązkowe przedślubne świadectwa zdrowia i inne poważne wskazania. Jednak nie wiadomo jeszcze przez jakie sito wyznaniowe, religijne ta ustawa przejdzie i jak długo wraz z  projektem prawa małżeńskiego, będzie leżała "pod zielonym suknem" naszych ministerstw."

                                                                          Dr. Justyna Budzińska-Tylicka

                                                          >>>>>>>>>>>>>>>


Justyna Budzińska-Tylicka- działaczka feministyczna, socjalistyczna i społeczna, polityk, lekarka. Dyplom lekarski uzyskała w 1898 roku. Na początku specjalizowała się w chorobach układu oddechowego, później zajęła się ginekologią. Swoją pracę zawodową łączyła z działalnością społeczną na rzecz prawnej i medycznej ochrony macierzyństwa, kontroli urodzin, zwalczania alkoholizmu i biedy.

Justyna Budzińska-Tylicka była pionierką w dziedzinie propagowania higieny i zdrowia kobiecego.

W 1931 roku założyła i prowadziła w Warszawie pierwszą w Polsce klinikę świadomego macierzyństwa. Szpital ten utrzymywał liczne kontakty międzynarodowe z postępowymi i feministycznymi środowiskami lekarskimi.
Była autorką m.in. prac: Higiena kobiety i kwestie społeczne z nią związane (Warszawa, 1909) i Świadome macierzyństwo (Warszawa, 1935).
Działała w założonej przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Irenę Krzywicką Poradni Świadomego Macierzyństwa.

Aktywnie sprzeciwiała się rządom sanacji. W 1931 roku została aresztowana przez władze sanacyjne i skazana na rok więzienia, ale wyrok zmieniono w wyniku apelacji. W 1935 domagała się uwolnienia więźniów politycznych i zamknięcia obozu w Berezie Kartuskiej. Pozostała aktywistką PPS do śmierci. Zmarła nagle, 8 kwietnia 1936 roku. Jej pogrzeb stał się manifestacją PPS.

Spoczywa wraz ze swoim synem na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.





źródła:
 -artykuł Justyny Budzińskiej-Tylickiej : "Głos kobiet" 05.02.1936, nr 4
-zdjęcie matki z dziecmi : "Głos kobiet" 05.01.1936, nr 2
-wikipedia

niedziela, 3 stycznia 2016

"Artyści w okupowanej Polsce" Remigiusz Piotrowski

Gdyby 1 września nie spadły z nieba bomby...*
  Takie z pozoru zwyczajne i krótkie pytanie, a jakże swoją wymową sprawia ból i żal i jak bardzo uruchamia wyobraźnię. Co by było gdyby... Ileż to razy w swoim życiu, gdy popełniamy błędy, cofamy się w czasie i układamy w głowie ponownie daną sytuację czy zdarzenie z nowym, lepszym scenariuszem. Niestety, tego co minęło nie da się cofnąć, nic nie możemy już naprawić, chociażby potrzeba zmiany przeszłości rozrywała nas od środka właśnie... jak bomba.

Zamiast wiszącego w powietrzu pyłu i wapna unosiłaby się się słodka woń kawy i obłoki tytoniowego dymu. Uwielbiam zapach kawy. Kojarzy mi się z domem, poczuciem bezpieczeństwa, może wymarzonym kominkiem z trzaskającymi w ogniu polanami i oczywiście dobrą książką. Nie można zmienić przeszłości, ale czy można zmienić swój sposób myślenia, przewartościowując swoje życie, ze względu na to co wydarzyło się w przeszłości?  Można. Czy mogą na tą naszą wewnętrzną przemianę wpłynąć wojenne przeżycia bardziej lub mniej znanych osobistości ze świata kultury, których losy przybliża nam lektura Remigiusza Piotrowskiego "Artyści w okupowanej Polsce" ? Myślę, że tak. Czy zawarte w niej historie o przedwojennych artystach o różnorodnych sposobach na życie i ceniących różne wartości, okażą się na tyle interesujące, by usiąść z nimi przy kominku? Z pewnością. Zwłaszcza dla każdego pasjonata -takiego jak ja- lubiącego zanurzać się w przeszłości, po to by odkrywać tych zapomnianych, a których moim zdaniem warto i trzeba pamiętać. Czas  okupacji i walki o wolność, o życie jest na pewno specyficznym czasem, nie podobnym do niczego o czym wcześniej każdy z nich marzył i w co wierzył.

Niemieckie zbrodnie są na porządku dziennym. Przypominają o nich zainstalowane w różnych częściach okupowanych miast szczekaczki i rozlepiane na słupach ogłoszeniowych listy zakładników. Trwają łapanki, w czasie których ulice i tramwaje pustoszeją. "Są tacy sami jak ja, gdy idę ulicą, nic ich inaczej nie kwalifikuje, nic ich nie wyróżnia. Jest przypadkiem, że nie są mną, że nie są każdym z tych, którzy ocaleli"- zapisze w dzienniku Zofia Nałkowska. Do organizowanych przez okupanta obław, w które wpadają także polscy artyści, dochodzi oczywiście nie tylko w Warszawie, tutaj jednak żyje najwięcej aktorów, literatów i muzyków. Nad każdym z nich przez cały okres wojny będzie krążyć posępny cień kripo i gestapo. Proszę zatem, by podczas czytania tej ważnej dla historii polskiej kultury, książki, wstrzymać się od ostrej krytyki i wiecznego potępienia tych, którymi często zwyczajny strach o bliskich, o siebie powodował, że błądzili. Nie bądźmy powojennymi fryzjerami.

  Uważam, że naprawdę mnóstwo pracy i zaangażowania trzeba było wykonać, by i tych bardziej i mniej znanych lub co gorsza całkowicie zapomnianych -w jednym miejscu, w jednej książce- niejako przywrócić do życia. Chociażby w naszej pamięci, a to już bardzo dużo. Brawa dla autora. Podziwiam i gratuluję. Przez strony książki przewija się bardzo wiele nazwisk artystów. Cieszyłam się jeśli znałam chociażby zarys życiorysu któregoś, ponieważ niestety nie wszystkie nazwiska wcześniej słyszałam. Jak sam tytuł wskazuje losy gwiazd opisanych w książce, to czas okupacji. A więc akcja rozpoczyna się od napadu na Polskę i kończy na Powstaniu Warszawskim. Podczas czytania dowiemy się kto jest zdrajcą, kto pozostaje wierny swoim ideałom bez względu na koszty, które w każdym przypadku groziły aresztowaniem, torturowaniem, więzieniem, głodem, brudem i co w wielu przypadkach, śmiercią. W czasie okupacji, nierzadko musieli podejmować decyzje nie do końca zgodne ze swoim sumieniem, po to by po prostu przeżyć.

 Wydaje mi się również, że autor książki jest bardzo odważnym człowiekiem. Przecież nie jest to temat, który jest popularyzowany w mediach i podawany w przystępnej dla przeciętnego widza czy słuchacza formie. Więc, nigdy nie wiadomo ilu czytelników sięgnie po książkę, zwyczajnie z obawy, że nie poradzi sobie z tematem. Wielka szkoda, naprawdę, żal serce mi ściska, że nie zobaczymy biograficznego filmu na dużym ekranie, o żadnym z opisywanych w książce artystów. A dlaczego tak myślę? To, że wcześniej była cisza, to rozumiem, taki mieliśmy ustrój polityczny. Ale ileż to już lat minęło od zakończenia wojny i okupacji hitlerowskiej, ile od upadku żelaznej kurtyny i okupacji ZSRR? I co? I wciąż cisza. Oprócz Eugeniusza Bodo, który doczekał się chociaż serialu (premiera na wiosnę), nikt inny, na poważnie nie zainteresował żadnego, zdolnego scenarzysty i reżysera. A wielu artystów naprawdę zasługuje na to, by o nich pamiętać. I by ich dzieje usłyszała cała Polska. Nie tylko pasjonaci i hobbiści.

Jan Brzechwa, kto nie zna Jana Brzechwy? Przypuszczam, że każde dziecko (z mojego pokolenia na pewno :)  i "Akademię pana Kleksa" również. A jakim był człowiekiem? Otóż, oprócz pracy miał on jeszcze jedną pasję- miłość. Wiecznie był w kimś zakochany. Więc na przykład Brzechwie -Żydowi z pochodzenia- sen z powiek spędza nie kripo, SS czy los getta. Jego tragedia to nieszczęśliwa miłość. Czy owa miłość doczeka się spełnienia i kto nią jest? Zaintrygowani? Mam nadzieję, że tak, bo ja bym była.
Inny, ważny dla polskiej kultury artysta, to Stefan Jaracz- naprawdę ogromnie utalentowany. Stworzył niezapomniane kreacje teatralne i filmowe. Jednak przede wszystkim był aktorem teatralnym i  kochał to co robił. Jak dowiedziałam się z książki, jednymi z jego ostatnich występów, były przedstawienia w stworzonym przez niego teatrze w ... Auschwitz. A jednak i tutaj, w tym zdawałoby się kompletnie zapomnianym przez Boga kawałku ziemi przeklętej, aktor spróbuje nadać życiu jakiś sens.
Nina Veidt
Jedną z zapomnianych jest Nina Veidt. Utalentowana i piękna aktorka teatralna. Podobno działała w ruchu oporu i angażowała się w pracę dla wywiadu alianckiego. Aresztowana w Warszawie, przewieziona do Berlina i ścięta toporem katowskim. Kilka zaledwie zdań o niej w książce niezmiernie mnie zaintrygowało i bardzo chciałabym się doczekać rozwinięcia jej historii. Czy jest na to choćby cień szansy? Pewnie nie. Podobnych, zapomnianych przez historię cichych bohaterów, jest w tamtym czasie wielu.  Więcej ciekawych historii osobowości świata kultury, oczywiście w książce.

Czy nadal zadajecie sobie pytanie czy warto sięgnąć po książkę? Jeśli tak, to napiszę w ten sposób: by ich teatr i śpiew wciąż trwał, nie można, po prostu zwyczajnie nie można pozwolić, by zapomniano o nich. Więc pomimo zranionych serc, okaleczenia psychicznego czy fizycznego, bez wiary w przyszłość- uważnie patrzmy i słuchajmy. Po prostu bądźmy widzami, takimi jak Powstańcy. Czy można przerwać koncert, gdy ma się przed sobą taką publiczność? Nierzadko są to obandażowane od stóp do głów ludzkie kukły, które nie są nawet w stanie podziękować  Zimińskiej brawami, a jednak ich stłumione okrzyki to dla artystki najpiękniejsze owacje. Pamiętajmy. Oni wciąż dla nas grają i śpiewają.

Życzę wszystkim Polakom, by nigdy nie musieli bać się o życie swoje i swoich bliskich. Być Polakiem nie jest to tak wielka rzecz, jak nam się wydaje. Ale przestać nim być, znaczyłoby przestać być człowiekiem. Ferdynand Goetel. I byśmy nigdy nie usłyszeli od okupanta, tak jak Mieczysław Fogg, po zaśpiewaniu piosenki "Ukochana ja wrócę", że Polski już nigdy nie będzie! Czyż są gorsze słowa dla prawdziwego Polaka, dla Polski, która nie tak dawno odzyskała niepodległość, by znów ją utracić?  Uczcijmy chwilą ciszy pamieć ofiar okupacji- niesłusznie skazanych, pomordowanych i zamęczonych artystów, których ostatnie sceny życia były strasznym dramatem. Nie ma braw, są tylko spływające po policzkach łzy.


             Serdecznie dziękuję wydawnictwu PWN za egzemplarz recenzencki                    

* Teksty pogrubione to cytaty z książki "Artyści w okupowanej Polsce" Remigiusza Piotrowskiego.
Tekst powstał na podstawie w/w książki.

czwartek, 19 listopada 2015

Gdy mieliśmy zaledwie 50 groszy...




GRETA GARBO

"Było to w Berlinie. "Friedrichstrasse" nazywała się wówczas, według tytułu filmu, który szybko stał się popularny: "smutną ulicą". Panował tam wielki ruch, a i bardzo wiele nędzy. Młodzi aktorzy siedzieli po osiem godzin dziennie w małych cukierniach, przy "pół czarnej" i ze strachem myśleli o chwili zamknięcia lokalu- względnie o pojawieniu się jakiegoś mecenasa z bajki.
Mnie osobiście nie powodziło się nigdy tak zupełnie źle. Na dwa jajka w szklance i chleb z masłem prawie zawsze było mnie stać, chociaż często bywało to jedynym pożywieniem dnia. Był jednak taki dzień, którego nie zapomnę. Przeżyłam najprzykrzejszą chyba godzinę w życiu. Zbliżała się chwila zamknięcia lokalu, a ja siedziałam z moim niezapłaconym rachunkiem. Tego dnia byłam szczególnie lekkomyślna: dwa jajka w szklance, chleb z masłem i ciastko na dodatek. Pan płatniczy zataczał coraz szersze kręgi dookoła jedynego zajętego stolika. Jasne było, że chciał bym już wyszła. Nie mogłam jednak zawołać z gestem: "Proszę płacić" z tego prostego powodu, że nie miałam przy sobie potrzebnych pięćdziesięciu fenigów. Nie miałam ich także, nawiasem mówiąc w drugiej torebce, którą zostawiłam w domu, nie miałam ich również w domu, ani w banku na moim koncie. Dwadzieścia fenigów były całym i jedynym majątkiem jaki tego dnia posiadałam. A tego kapitału nie mogłam w żadnym wypadku naruszyć. Przeznaczony był na kolejkę podziemną, którą musiałam dotrzeć do domu.  
Trudno opisać niesłychanie przykre uczucie, jakiego doznawałam w tej sytuacji. Teraz jeszcze po latach zrywam się czasami ze snu i widzę twarz zaspanego i skrzywionego kelnera berlińskiego. Nazywał się Emil- pamiętam to doskonale. Jest to jedyne imię męskie, które sobie z tych czasów zapamiętałam. 

Nie, to byłoby nieścisłe. Jeszcze jedno zachowuję w pamięci. Imię Mauritz. W tej chwili rozpaczy wszedł do cukierni spóźniony gość. Reżyser szwedzki Mauritz Stiller, niezapomniany. Chciał wypić przed spaniem kieliszek koniaku. Ziomek, zbawczy anioł. W przeciągu minuty zostałam uratowaną przed kelnerem Emilem, w dwie minuty potem otrzymałam pierwszą większą rolę w filmie."

Mauritz Stiller był pionierem szwedzkiego przemysłu filmowego, scenarzystą i reżyserem wielu filmów krótkometrażowych z 1912 roku. Gdy wytwórnia MGM zaprosiła go do Hollywood jako reżysera, Stiller zawitał do wielkiego świata ze swoim nowym, cudownym odkryciem Gretą Gustafsson, którą powszechnie dziś znamy jako Gretę Garbo. 

Sama zainteresowana, od początków swojej kariery, unikała oficjalnych spotkań, ponieważ wolała spędzać czas samotnie lub z najbliższymi przyjaciółmi. Raczej nie rozdawała autografów i  rzadko udzielała wywiadów. Jej niechęć do reklamy i prasy była niewątpliwie prawdziwa. W wywiadzie udzielonym w 1928 roku, wyjaśniła, że jej pragnienie prywatności rozpoczęło się już, gdy była dzieckiem- mówiła, że odkąd pamięta, zawsze chciała być sama. Nie znosiła tłumów, z tego też powodu nie ona pojawiała się na ceremonii rozdawania Oscarów, nawet gdy była nominowana. Dlatego też w wymienionych przypadkach jak i w wielu innych, posługiwała się dublerką. 
Więcej na ten temat we wpisie: Sobowtór Grety Garbo

___________________________________________________________________


CHARLIE CHAPLIN

"To historia mego wielkiego niepowodzenia. Chcecie posłuchać?
Jestem dzieckiem teatru, to znaczy, że już od najwcześniejszej młodości, gdyż od piątego roku życia, byłem na deskach teatralnych. Mój ojciec był komikiem na angielskich scenach muzycznych, a matka śpiewaczką. Ponieważ, zdaniem moich rodziców brakło mi zarówno warunków głosowych jak i teatralnych, miałem być kształcony na tancerza. Miałem bardzo średnie powodzenie. Starczało zaledwie na drugorzędne kabarety angielskie. Lepiej już było w Ameryce. Przeniosłem się więc do Stanów Zjednoczonych i zrobiłem sobie jaką taką reklamę między Oklahoma a Massachusetts. Moim marzeniem był występ w Filadelfii- niestety marzenie to zostało spełnione.
Pewnego dnia zostałem zaangażowany do teatru rewiowego w Filadelfii. Trudno wyrazić z jakim biciem serca oczekiwałem premiery. Był to zdaje się jedyny wieczór w moim życiu, w którym odczuwałem tremę. To też i mój numer wyglądał fatalnie. Publiczność bawiła się świetnie, ale niestety, w tych momentach, w których taniec miał oddziaływać lirycznie. Nic dziwnego, że w środku skomplikowanego pirueta, poślizgnąłem się i wywaliłem jak długi.

Wycia i ryki na widowni wzmogły się do napięcia orkanu. Pozbierałem porozbijane członki i wyniosłem się ze sceny. Był to pierwszy chwiejny chód, którym zarobiłem parę milionów. Mój dyrektor oświadczył mi, że nie jestem wart nawet pięciu groszy, a ponieważ usiłowałem przeczyć, chwycił mnie najosobiściej za kołnierz i najwłasnoręczniej zrzucił mnie ze schodów.
Sterczałem więc na ulicy, zagubiony w milionowej Filadelfii, wyrzucony tancerz kabaretowy, a co najprzykrzejsze bez grosza w kieszeni.
Pewien litościwy pan zajął się mną i powiedział szereg przyjemnych słów: "Czy chciałby pan zarabiać sto dolarów tygodniowo? Czy potrafi pan zabawnie kołysać się na nogach, jak w chwili kiedy opuszczał pan scenę?"
Pan ten był menedżerem trupy Keystona, nowego towarzystwa filmowego. Patrzył on na moją klęskę i w przekonaniu, że z tego nieszczęścia ludzkiego da się osiągnąć pokaźny kapitał komizmu,  zaproponował mi występy w filmie. Z tego żyję teraz przez ostatnich dwadzieścia lat."   

Swój pierwszy kontrakt filmowy Charlie Chaplin podpisał we wrześniu 1913 roku, w Los Angeles, właśnie z wytwórnią Keystone. Zadebiutował na ekranie w filmie „Zarabiać na życie”. W filmie „Włóczęga” z 1915 roku po raz pierwszy pojawił się w swoim najbardziej znanym wcieleniu- w przyciasnym kostiumie, meloniku i z laseczką.

"Chciałem, żeby wszystko było sprzecznością: workowate spodnie, ciasny płaszcz, mały kapelusz i duże buty ... i dodatkowo mały wąsik, który uzasadniałem tym, by dodać mi parę lat, bez zasłaniania twarzy. Nie miałem pojęcia o charakterze postaci. Ale w chwili, gdy byłem ubrany w ten kostium, z makijażem czułem się osobą którą byłem. Zacząłem ją powoli poznawać, a zanim wszedłem na scenę byłem nią jakbym się nią urodził. " 
Charlie Chaplin

_____________________________________________________________________________



POLA NEGRI

"Nie wstydzę się wyznać, że działo się to dwadzieścia lat temu. Bądźmy jednak dokładni, działo się to dwadzieścia jeden lat temu. 1 października 1913 roku rozpoczęłam moją karierę artystyczną. Był to mój pierwszy występ sceniczny w utworze Gerharta Hauptmanna pt.: "Wniebowzięcie Haneczki" w Teatrze Małym w Warszawie. Czy możecie sobie państwo wyobrazić, co to znaczy dla młodej dziewczyny po raz pierwszy stanąć na scenie? Tego nie pojmie nikt, ani publiczność, ani koledzy, ani krytyka. To zrozumie tylko matka. 
Jednakże moja matka przebywała wówczas w małym prowincjonalnym mieście, odległym od Warszawy o cztery godziny jazdy koleją. Cztery godziny jazdy koleją w trzeciej klasie stanowiło koszt i sumę nieosiągalną dla debiutantki scenicznej. Dla mojej matki, która była wdową po zabitym w rewolucji w roku 1905 arystokracie, była to również suma przekraczająca jej możliwości. Ponieważ pragnęłam gorąco, by matka była na przedstawieniu, poszłam dosłownie żebrać między kolegów. Młodzi ludzie pracujący wówczas w teatrze nie posiadali również wiele pieniędzy. Udało mi się w końcu uzyskać potrzebną sumę, którą zdołałam posłać matce, tak, że mogła w ostatniej chwili wsiąść do pociągu, który przywiózł ją na premierę.
Siedmiu kolegów złożyło się wówczas na tę podróż i nazwisk ich nigdy nie zapomnę. Dniem największej radości i dumy w moim życiu był ten, gdy mogłam każdemu z nich przesłać czek na tysiąc dolarów z Hollywood.
Tyle podaje Pola Negri o swoim debiucie, w jednym z pism zagranicznych. Można do tego dodać, że matka artystki, jak ongi, tak i później cieszyła się wielką miłością córki, która otacza ją największą tkliwością."

Dom Gerharta Hauptmanna, autora sztuki w której debiutowała Pola, laureata nagrody Nobla z 1912 roku, mieści się w Jagniątkowie. Masywny, przypominający raczej zamek, dom został zbudowany w latach 1900- 1901.  Pisarz zamieszkiwał willę od roku 1901 aż do swej śmierci w roku 1946. Rezydencja Hauptmanna w górskiej samotności Karkonoszy stanowiła schronienie, przed towarzyskim wirem Berlina i publicznym zainteresowaniem osobą znanego pisarza.
Pisarz był świadkiem bombardowania Drezna.

Jeśli chodzi o jego dzieła literackie to nie ma w ogóle wzmianki o nich na stronach polskich, ani o styczności z jednym z nich z Polą Negri. Niewiele też znalazłam na anglojęzycznych stronach. Tyle, że spektakl był pierwszym melodramatem w literaturze światowej w której bohaterem było dziecko. O czym dokładnie była sztuka, fabuły, ani opisu, niestety nie znalazłam...

Pola Negri i Charlie Chaplin



źródła: artykuł "Nowy dziennik" 09.11.1934, nr 307, internet 


LinkWithin