niedziela, 13 października 2013

Loda Halama

"Łapię się na tym, że coraz częściej myślami wracam do przeszłości. Może dlatego, że przeszłość była o tyle, tyle ciekawsza od teraźniejszości...
Nie, nie była usłana różami, ale i kolce miały swój sens"
Loda Halama

  Matka Lody, Marta Cegielska, uciekła z domu razem ze swoją ciotką, Ludwiką Cegielską. Panna z dobrego domu nie mogła być wtedy tancerką, nie wypadało. Wyjechały do Rosji, do Baku. Tam Marta spotkała swojego przyszłego męża i ojca Lody, Stanisława Halamę. Stanisław, muzyk z zawodu, grający na wielu instrumentach. Prowadzili raczej życie koczownicze. Każda z ich córek urodziła się w innym mieście- w czasie tournee. Ojciec Lody miał pasję do grania w karty i czasami przegrywał swoją miesięczną pensję. To matka była motorem rodziny i zawsze starała się stworzyć córkom prawdziwy dom. Chciała je wychować na prawdziwe Polki i porządne kobiety. Mimo, że trudno im było pogodzić codzienne czynności z zawodem tancerki i ambicjami zawodowymi, musiały w domu  szydełkować, cerować, gotować itd. Matka pilnowała nauki tańca, ojciec uczył ich muzyki- miał anielską cierpliwość, której mamie brakowało, i często nerwy wyładowywała klapsami. Ojciec nigdy nie podnosił na córki ręki i mawiał: życie je bije, po co ja ma jeszcze bić. Zawsze chciał mieć syna, a urodziły mu się cztery dziewczynki. To Lodę upodobał sobie i postanowił wychować na chłopaka.

Najstarszy portret Lody Halamy
 Loda (właściwie |Leokadia) urodziła się o dwunastej w nocy, po przedstawieniu, w którym jej mama jeszcze tańczyła. Miała siedem lat, kiedy zaczęła się uczyć tańczyć. Jej siostrze Zizi, nauczycielka przepowiadała dużą karierę, o niej mówiła, że nic z niej nie będzie i że powinna była urodzić się chłopakiem. Słowa te sprawdziły się, bo w pierwszym publicznym tańcu (miała 9 lat)  Loda tańczyła partię chłopaka.

Ojciec bardzo pragnął wrócić do Polski. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać ten plan z trojgiem dzieci a potem z czworgiem i często chorującą żoną. Zaczęli tę podróż pociągiem dla bydła. Dotarli do Polski w 1921 roku, do Sosnowca. Mimo ciężkiej pracy, ciągle wszyscy byli niedożywieni i źle ubrani. Często dziewczynki występowały w paru miejscach jednego wieczoru. Nigdzie nie zagrzali miejsca na dłużej, aby córki mogły chodzić do normalnej szkoły, więc uczyli je korepetytorzy.
Rodzina Halamów: mama, tata, Zizi, Loda, Alicja i Helenka.
Zdjęcie wykonane specjalnie do dokumentów
repatriacyjnych.
Mama zbuntowała się w końcu i stwierdziła, że dziewczęta podrastają i muszą mieć normalne życie, w jednym miejscu. Pojechali do Warszawy. Początki były trudne, jednak po jakimś czasie udało im się zdobyć angaż. Najpierw było Perskie Oko, ale dopiero teatr Morskie Oko przyniósł im oczekiwany sukces sceniczny i życiowy.

Kiedy weszły w modę tańce połączone z akrobatyką, zaczęły się kontuzje. Częste skręcenia, złamania. A raz podczas tańca w numerze Mary Lou z Eugeniuszem Bodo, wyślizgnęła mu się z rąk i wylądowała głową na deskach sceny. "Niech pani zabroni tej wariatce takich akrobacji! Zabije się i rozłoży mi teatr!" krzyczał Włast bliski zawału. Któregoś wieczoru po przedstawieniu, Bodo i Roland zdecydowali się jechać samochodem do Poznania. Orkiestra, żartując, że spóźnią się na przedstawienie grała im tango: On nie powróci już... Żart okazał się tragiczny, bo Roland już nie powrócił.

Sylwetka Lody służyła do reklamy
mydła...
 Przez lata pracy w Morskim Oku, życia prywatnego praktycznie nie miały. Codzienne próby, dwa przedstawienia, o siódmej i o dziesiątej, a w tak zwanym międzyczasie zdjęcia do filmów. Jednak mimo napiętego grafiku, znalazła czas na miłość- zakochała się w swoim wielbicielu, późniejszym mężu, hrabim Andrzeju Dembińskim. Przychodził specjalnie na jej taniec Ramona. Po ostatnim przedstawieniu oświadczył jej się. Za pierwszym razem dostał kosza, ponieważ Loda nie wyobrażała sobie życia bez tańca. Jednak hrabia był wytrwały, i wreszcie w Paryżu, w romantycznym nastroju, przy księżycu, po szampanie przy kolacji, powiedziała: Tak. Miała osiemnaście lat, on dwadzieścia trzy. Był rok 1929. Nie czuła się dobrze w roli hrabiny. Wilka ciągnie do lasu, a ją ciągnęło do tańca, więc kiedy inni grali w tenisa lub jeździli konno- ona zamykała się w pokoju, aby tańczyć. Zawsze przed lustrem.

 Małżeństwo nie przetrwało. Kiedy była w separacji, wdała się w romans z żonatym Alem Żabczyńskim. Zakochali się w sobie wbrew rozsądkowi. Wspólna praca w teatrach i filmie potęgowała to uczucie. Wiele razy próbowali zerwać ze sobą i gdy nastąpił ostateczny koniec ich romansu, Loda załamała się. Zamiast na deski teatru, kierowana jakąś nieznaną siłą, szła przed siebie. Tak doszła na dworzec i wsiadła do pierwszego, lepszego pociągu. Już podczas jazdy dowiedziała się, że jedzie do Częstochowy. Ucieszyła się, gdy tam dotarła, codziennie odwiedzała Jasną Górę i modliła się. Po trzech dniach oprzytomniała, gdy zobaczyła w prasie, na pierwszej stronie swoją fotografię z napisem "Warszawa poszukuje Lody Halamy". Matka z Andrzejem przyjechali po nią.

W filmie August der Starke, kręconym w Berlinie
w 1936 roku
Wielki sukces Loda odniosła za oceanem. Wyjechała z Jerzym Czaplińskim do Chicago. Wystąpiła tam w Halce. Bisów miała bez liku, a prasa pisała, że "Halka od wczoraj powinna nazywać się Halama". W ogóle poważne gazety (m.in. New York Times) rozpisywały się tam o niej wyjątkowo dobrze: sukces absolutny, elektryzowała widownię. Z udanym recitalem wystąpiła również w Nowym Yorku. Po recitalu przez Neapol i Rzym wróciła do Polski. Na statku otrzymała telegram od impresaria Perkinsa, że MGM chce nakręcić z nią próbny test, byli na jej występie i spodobała się. Nie odpowiedziała. W życiu kierowała się odruchami i sentymentem. Tęskniła do kraju. Mówiło się o zbliżającej wojnie, chciała być z mamą. Mimo, że zbliżyła się bardzo z Czaplińskim- tak bardzo, że zostali kochankami. Jerzy jednak został w Ameryce. Wpadł w oko Grace Moore, gwieździe operowej i filmowej. Chciała pomóc mu w karierze i Jerzy zaczął rozważać pozostanie na dłużej za oceanem. Zabolało Lodę, że w momencie zbliżającego się niebezpieczeństwa wybuchu wojny, domagał się wyborów, ale pozwoliła mu wspaniałomyślnie robić karierę. To był koniec.

Z drugim mężem, George'em Golembiowskim
Swojego drugiego męża George'a Golembioskiego poznała dzięki swojej siostrze , Enusi. Na rodzinnej imprezie. Dużo razem tańczyli- rumba, samba, tango. Zabawa przeciągnęła się prawie do rana. Loda zaprosiła George'a do swojego apartamentu na śniadanie- chciała zrobić jajecznicę. Okazało się jednak, że ma za mało jajek. George ofiarował się, że przywiezie je z domu. Przywiózł je w pięknym koszyczku, który został potem ich symbolicznym "koszyczkiem szczęścia". Pobrali się zaraz po wejściu Niemców do Warszawy. Andrzejowi, George bardzo przypadł do gustu, zawsze miał duże poczucie humoru i powiedział: "jedynym zadaniem, dobrego męża jest dobrze wydać za mąż swoją żonę". Zaraz po ślubie wyjechali do Szwajcarii, jednak w 1940 roku wrócili do Polski, do Warszawy.

"A warszawskie kawały? Było ich na kopy.. Kiedy Niemcy ogłosili przymusowe oddawanie futer, szykowali się akurat na Rosję i rosyjskie mrozy. Dowcipnisie układali teorię, że te futra niby ułatwiają Niemcom wydawanie rozkazów. Podczas wymarszu rozkaz będzie brzmiał: karakuły na lewo, lisy na prawo, barany naprzód!
 Bo ja wiem, czy to dziś śmieszy? Wtedy tak, na  pewno. Chciało się człowiekowi śmiać, raczej znaleźć powód, żeby ten śmiech mógł się narodzić. Żeby wytrzymać."

"Byłam kiedyś świadkiem egzekucji ulicznej młodych chłopców. Po powrocie do domu dostałam histerii i mąż musiał mnie upić abym się uspokoiła i zasnęła. Od tego czasu zaglądałam do kieliszka już dość często, co zresztą robiło większość warszawiaków. Oszałamialiśmy się bimbrem."

W Warszawie panowały trochę specyficzne warunki. Z jednej strony okropności łapanek, egzekucje na ulicach, rewizje i aresztowania. Z drugiej strony- w miarę normalne życie z restauracjami, kawiarniami, z dowcipem i nawet humorem. Najelegantsza była kawiarnia "U aktorek", patronowała jej Mieczysława Ćwiklińska, a plejada młodych aktorek i aktorów stanowiła obsługę. Przychodziło się na plotki wojenne i fantastyczne torty orzechowe. Loda Halama przez przyjaciółki została wciągnięta do pracy w RGO (Rada Główna Obywatelska) przy PCK. Zdobywała fundusze, między innymi, na dożywianie dzieci oraz chorych w szpitalu ujazdowskim. Przy pracy tej często wykorzystywała swoje obywatelstwo szwajcarskie i nazwisko.

W czasie wojny urodziła syna i zginął jej mąż. Po tajemniczej śmierci męża w 1943 roku (został postrzelony w pracy) wyjechała do Szwajcarii do teściowej, niestety ich relacje nie układały się za dobrze. Teściowa obwiniała ją o śmierć syna i odebrała Lodzie jej synka i ukryła go w górach. Po wielu trudach udało jej się wywieźć synka do Anglii i uwolnić się od zaborczej teściowej. W Anglii również nie zagrzała miejsca na długo, i wyjechała do Ameryki- po słońce. Nie odpowiadała jej a zwłaszcza jej synkowi -ciągle był zaziębiony- ze względu na chłód i mgły. By dostać prawo pobytu w USA, uciekła się do sposobu wypróbowanego w Anglii- małżeństwo. Małżeństwo tym razem z Amerykaninem. Jako sposób zarobkowania wybrała pośrednictwo w sprzedaży domów. Ze względu na syna, zadowalała się recitalami i dorywczymi występami, chciała mieć stały adres- kariera artystyczna oznaczałaby podróże i dłuższe rozstania.

Loda miała w sumie pięciu mężów. Sama o sobie mówi, że nie była jakąś oszałamiająca pięknością, po prostu zmiany te były potrzebą chwili. Trzykrotnie zdecydowała się wyjść za mąż, by dostać zezwolenie na pobyt i prawo pracy w danym kraju. Kiedy po wojnie przyjechała do Anglii, chciała za wszelką cenę tam pozostać. W tym celu poszła do klubu lotników i przedstawiła swoją sytuację. Znalazło się paru kawalerów. Los padł na Kazia Dobrowolskiego. Pozostali przyjaciółmi na wiele lat. Kiedy wyjechała do Ameryki, do Hollywood,  miała wizę ważną na trzy miesiące i rozwód. Następnym mężem Lody był Larry Latta, ślub wzięli w Meksyku. Po roku zauważyła, że dzieli ją z Larrym różnica w podejściu do życia, bywał bardzo zazdrosny- najczęściej bez powodu, jak pisze sama Loda. Ostatnim jej mężem był Stanisław Ruszała, były żołnierz w Armii Andersa. Ślub z nim wzięła bo był pod ręką, a jej znów kończyło się pozwolenie na pobyt w Anglii.

"Ważne- żyć i brać życie niezupełnie serio. Ale mądra kobieta nie powinna gonić za mężczyzną jak za tramwajem. Poczekać raczej aż przyjedzie następny."


                                                                
Imieniny w Syrenie- bigos i butelczyna...
"Co by tu jeszcze było do napisania, co jest ważne? Może to, że najważniejsze jest poczucie humoru?"

Pod koniec życia Loda pomimo, że miała paszport brytyjski, mieszkała w Polsce. Ciągnęło ją jednak w świat i dużo podróżowała, niezależna finansowo (zawsze do tego dążyła), rozwódka, ćwiczyła jogę. Wciąż miała swój jacht (teraz więcej korzystał z niego syn), na którym spędziła wiele cudownych chwil. Jeden rozdział w książce mu poświęciła. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że pociąga ją życie w luksusie i jest może przez to trochę próżna i zarozumiała- ale nie, ona po prostu żyła chwilą i cieszyła się nią tak jak umiała.

 "Umie trzymać dystans, umie i lubi się bawić, żyje wygodnie, lecz... szybko, intensywnie; czarująca, elegancka, wiotka, młoda"
Teresa Krzemień  
                                                  
Wpis powstał na podstawie autobiografii Lody Halamy "Moje nogi i ja". Zdjęcia również pochodzą z tej książki. Cóż, jeśli miałabym odpowiedzieć na pytanie, czy dobrze mi się ją czytało? Muszę przyznać, że i tak i nie. Sama Loda na początku przeprasza za chaotyczność swych wypowiedzi i skoków czasowych opisywanych zdarzeń. I tak w istocie było. I bodajże, nie ma chyba w książce ani jednej daty.  Ale Loda nigdy nie była poukładana w szufladki, no i rozpoczęła spisywanie wspomnień dosyć późno, musiała więc sięgać pamięcią daleko wstecz, co nie zawsze jest łatwe. Bywa za to zabawnie- autorka bardzo często, przytacza różne anegdoty, dowcipy. Jest ich naprawdę wiele. Dobrze jest posiadać umiejętność, śmiania się z samego siebie. Wtedy można bez wahania stwierdzić, że ma się prawdziwe poczucie humoru. Poniżej kilka anegdot zapamiętanych i spisanych przez Lodę.

Na jachcie...
"Staś (Stanisław Ruszała, mąż Lody) jest bardzo szczupły, ale mając poczucie humoru, sam bez żenady opowiadał taki kawał o sobie samym. Kiedyś zaflirtował się z piękną panią i wyglądało to obiecująco- na ciąg dalszy. Zaprosiła go do swego pięknego domu i po paru kieliszkach szampana poszła przebrać się- a raczej rozebrać? Staś zgasił przez skromność światło i rozebrał się. Kiedy stał -jak go Pan Bóg stworzył- nagle światło zapaliło się i pani z małym chłopcem weszła do pokoju ze słowami: Widzisz synku- jak nie będziesz jadł szpinaku, to będziesz wyglądał jak ten pan."
                                                               *
Dowcip o Lodzie krążący po Londynie. A dokładnie o jej siostrze i o niej:
"Jaka jest różnica między dwoma Halamkami? Obie katoliczki, obie lubią chodzić do kościoła i do spowiedzi. Różnica? Loda lubi mieć się z czego spowiadać."
                                                               *
"Konrad Tom opowiadał mi o Annie Magnani zabawną historyjkę. Podczas pobytu w Rzymie, jako żołnierz armii Andersa nakręcał razem z Włochami jakiś film. Siedzącej przy barze Annie Magnani asystował młody, przystojny aktor. Anna opowiadała z zapałem różne zabawne anegdoty, ale młody amant wyraźnie niecierpliwił się i co pewien czas dopingował aktorkę, aby już iść do domu. Po paru takich nagabywaniach zniecierpliwiona powiedziała: Idź, darling, a jak nie przyjdę za pół godziny- zaczynaj sam."
                                                               *
"Prehistoryczny dla dzisiejszych warszawiaków:
Na proszonej kolacji serwowano kaczkę, pani domu usilnie namawiała gościa, aby jadł. Gość znudzony natarczywością pani domu odzywa się: Proszę pani, trzeba było tę kaczkę, przedtem namawiać, żeby jadła."
                                                       

"Co by tu jeszcze.... Kiedyś, w hollywoodzkich czasach Pola Negri zwierzyła mi się, że już napisała swoją książkę, tylko nie wie, jak ma zakończyć  Nie namyślając się poradziłam: Postawić kropkę i koniec. Słowo się rzekło, stawiam kropkę i koniec."


10 komentarzy:

  1. No, no - odwaliłaś kawał dobrej roboty tym wpisem :-)
    Mało dat, ale tak jak wspomniałaś - źródło winne :-) Uwielbiam ludzi z poczuciem humoru, a jak widać miała go w nadmiarze :-)) Ilość mężów standardowa na tamte czasy.
    A było w książce o tym czym zajmował się jej mąż (ten postrzelony w pracy)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Tak było. Jak się poznali to opowiadał jej, że z konkursu wygrał posadę buchaltera w Argentynie, podpisał kontrakt na dwa lata z dużą pensją. Przez prawie rok prowadził buchalterię towarów z całego świata, nigdy ich nie oglądając. Przypadkiem dowiedział się wreszcie, że pracuje dla ... domów publicznych :)
      W czasie wojny zajmował się handlem- był właścicielem hurtowni chemikaliów, reprezentował też interesy wielu światowych firm.
      "I tak życie płynęło. Mąż handlował resztkami chemikaliów uratowanych z pożaru magazynów w ostatnim dniu bombardowania. Ja zajmowałam się swoją pracą charytatywną, dzieckiem, domem.
      Nagle jednego dnia wszystko się zawaliło. Był to rok 1943, lipiec. Niemcom szło coraz gorzej w Rosji, dużo ich uciekało z frontu, na mieście coraz więcej było szumowin; kupowano od Niemców broń i napadano na prywatne domy, na kobiety na ulicach, zwłaszcza dobrze ubrane, na firmy handlowe. Jeden z takich napadów dotknął firmę mojego męża. Dwóch młodzików z rewolwerami wtargnęło do biura i zażądało otworzenia kasy; wybrali pieniądze i już byli przy drzwiach, kiedy mąż mój stracił nerwy i złapał jednego z nich za rękę. Wywiązała się szarpanina, w której mąż został postrzelony. Kula utkwiła w tyle głowy.Był na pól sparaliżowany[..] Operacja się udała-żył jeszcze dwa dni"

      Usuń
    2. Dzięki za wyczerpującą odpowiedź :-)
      Brakowało mi właśnie, jak zwykle to bywa, "został rozstrzelany przez Niemców", więc mnie to zastanowiło - co to za historia go spotkała :-)

      Usuń
    3. Nie ma za co ;) A przy okazji Twojego pytania, powstał mały dopisek do bloga ;)

      Usuń
  2. Kiedyś, ładnych parę lat temu miałam w rękach tą książkę i niestety jej nie przeczytałam. Teraz żałuję, bo Loda Halama była jak widać fascynującą i nieobliczalna kobietą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tę książkę mam przeczytałam ją mając kilkanaście lat i wracam do iej co jakiś czas. napisałam również list do p. Lody kiedy jeszcze żyła i mieszkała w Warszawie-były to lata 90, wtedy już chorowała. List przekazała jej p. Teresa Krzemień. Podobno przeczytała go i bardzo się ucieszyła. jednak mi nie odpisała. Prosiła aby przekazać mi, że jest chora i niestety mi na niego nie odpowie. Po kilku miesiącach dowiedziałam się z telewizji, że umarła. Czułąm z nią jakąś niewytłumaczalną więź, nie wiem dlaczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Loda na pewno była niezwykłą osobą i z pewnością zasługuje na film biograficzny, by więcej ludzi sobie o niej przypomniało, lub się o niej po prostu dowiedziało. Taki film powinien również powstać o Bodo czy Smosarskiej. Ale niestety- jak do tej pory nie powstał, tak już pewnie nie powstanie...
      Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za osobisty komentarz.

      Usuń
  4. Bardzo mi się przydał Pani artykuł, za co serdecznie dziękuję.
    Na cmentarzu pod Lozanną jest pochowany Georges Gołembiowski - szukając o nim informacji dowiedziałam się, że był mężem Lody Halamy. Dlatego trafiłam na Pani bloga, skąd też pozwoliłam sobie zamieścić zdjęcie Georgesa i Lody: http://polneuchatel.blogspot.ch/2014/10/i-ze-cie-nie-opuszcze-az-do-smierci.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po to piszę, by inni czytali- a to co czytają podobało im się- również dziękuję bardzo ;)
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń

LinkWithin